Z Edkiem i Monique dookoła… cześć 9

…jeszcze nie świata

Dzień ósmy – 7 sierpnia 2011, niedziela

Rano nie mamy sumienia zrywać naszych Pań skoro świt. Jedziemy więc do Darłówka nieco później, tak aby o 9 przejść pod mostem. Słoneczko świeci, „Monique” wita nas radośnie. Fale, które w kanale generują motorówki wędkarzy musiały być spore, bo wyrwały przednią kluzę* z burty naszej łódki. To w sumie drobiazg, ale daje nam obraz tego, jak silnie faluje w kanale.

Za nami przy kei spotykamy „Monsuna”, sąsiada z nabrzeża w Ustce.

– Cześć Mirek, a co Cię tu przygnało ? – pytam nie bez kozery, bo „Monsun” poza redę oddala się raczej rzadko.

– Wiatry! – głupie pytanie, głupia odpowiedź.

Razem wychodzimy z portu i razem kierujemy się na Ustkę. Dziewczyny machają nam z falochronu.

Monsun od razu wciąga wszystkie żagle i rusza z kopyta do przodu. Ja jestem trochę ostrożniejszy. Ponieważ wieje silna czwórka, wciągam na początek małego foka i zrefowanego grota. Płyniemy wolniej od Monsuna, co gra mi na nerwach i budzi regatowe skłonności. Wciągam więc genuę, zdejmuję refy z grota i rzucamy się w pościg. Płyniemy teraz szybciej od Monsuna i szybko w ogóle. Monsun powoli zostaje w tyle wprawiając mnie w dumę.

Rywalizacja się kończy, a innych atrakcji nie widać.

– No Edziu, dzisiaj to już nas nic ciekawego nie czeka. Za 3 godziny będziemy w Ustce – stwierdzam, kiedy na trawersie mijamy Jarosławiec.

Z nudów zaczynamy znowu snuć rozmowy filozoficzno – egzystencjalne. O życiu, o pracy i podobnych bzdurach. W radio co jakiś czas słychać koleżeńskie pogawędki żeglarskiej braci.

– Unicus, tu Dragon. Życzymy Wam miłego dnia i owocnej pracy !

– Dragon, dziękujemy. Życzcie nam raczej lepszej pogody…

– Jak to ? Tu w Ustce jest piękna słoneczna pogoda!

– A tu w Darłowie leje jak z cebra…

Po ostatnim tekście oglądamy się za siebie. Faktycznie, zmierza ku nam ciemna deszczowa chmura. Czyżby jakieś deja vu ? Czy znowu mamy powtórzyć tę masakrę z przedwczoraj ?

Chmura nie wygląda tak przerażająco, jak poprzednio. Odrobiłem jednak lekcję z tamtej historii i dlatego teraz z dużym wyprzedzeniem zrzucam genuę. Ubieram się też w teoretycznie nieprzemakalne ciuchy i tak przygotowani czekamy na chmurę. Nie trwa to długo. Chwilę później dopada nas pompa. Nie ma takich fal, nie ma huraganu, jak poprzednio. Nie grozi nam raczej uszkodzenie łódki, dzięki zredukowanym żaglom. Niemniej jednak ulewa jest tak gwałtowna, że tracimy z oczu brzeg. Trochę nas to deprymuje.

– A mówiłeś, że nie będzie już przygód – dziwi się, a może tylko tak mi się zdaje, mój kompan.

– Nie pękaj, Edziu. Chmura już przechodzi.

W istocie, pompa była gwałtowna, ale po kwadransie nas mija, kierując się nad ląd. Wciągamy więc z powrotem genuę, suszymy się i prujemy dalej do domu. Chmura już jest daleko.

– Zaraz, zaraz, co ta chmura wyprawia ? – „dlaczego znowu musi mnie coś zaskakiwać ?”

– O, popatrz, zakręca nad morze – potwierdza moje spostrzeżenia mój baczny obserwator.

Przez najbliższe pół godziny obserwujemy działania „inteligentnej” chmury. Po wyprzedzeniu nas i dotarciu nad ląd chmura kieruje się nad morze, przecinając nasz kurs, następnie okrąża nas, kierując się na zachód, by w końcu znaleźć się ponownie za nami.

– Nie wiem, jak to możliwe, ale ona znowu zbliża się do nas – dalej nie wierzę w to, co widzę.

– To normalka, jesteśmy w krążącym centrum wyżu – bez mrugnięcia okiem stwierdza mój meteorolog.

Nie zdążę go wypytać o szczegóły teorii krążącego wyżu, bo właśnie pompa dopada nas po raz drugi. W porę udaje mi się tylko ponownie zrzucić genuę i zrefować grota i już zalewa nas ponownie ściana wody.

Kiedy ściana płaczu nas mija, wyżymam skarpetki i dla odprężenia postanawiam zgłębić szczegóły śmiałej teorii Edwarda.

– To jak to jest z tym wędrującym centrum wyżu, Edziu ?

– To bardzo proste. Chmura zrzuca wodę, ogrzewa się nad lądem, przesuwa się nad morze, żeby zebrać wodę, wraca i tak w kółko – czuję się, jak na wykładzie.

– Jesteś pewien ? Wydaje mi się to trochę naciągane – tym razem to ja nie kryję swojego sceptycyzmu.

– No to popatrz na tę chmurę, która nas minęła.

Do tej pory nie wiem, czy ta teoria ma racjonalne podstawy. Nie wiem, czy to możliwe i pewnie się tego nie dowiem. Wiem jedno: jakby na potwierdzenie teorii Edka chmura przechodzi nad ląd, kieruje się nad morze, zakręca i po mniej więcej kwadransie po raz trzeci jest tuż za nami. Po raz trzeci zrzucam genuę, po raz trzeci refuję grota, po raz trzeci dopada nas pompa. Wykręcam więc kolejne skarpetki ale już nie wracam do dyskusji z Edkiem. Zamiast dociekać racjonalnego uzasadnienia Teorii Wędrującego Wyżu Edwarda S. postanawiam przejść nad tym do porządku dziennego. W końcu nie od dzisiaj wiadomo, że istnieją na świecie rzeczy, o których się fizjologom nie śniło.

Pogodzony z nieprzewidywalnością natury ani się nie obejrzę, jak na horyzoncie pojawia się port w Ustce. Zbliżamy się szybko. Może wejdziemy zanim dopadnie nas pompa numer cztery ?

Rzeczywiście, o 14, w pięć godzin po wyjściu z Darłówka meldujemy:

– Kapitanat portu Ustka, jacht „Monique” na wejściu. Zgłaszamy powrót z morza, bez uwag.

He, he, „bez uwag”. Świetny dowcip, naprawdę. Tych „uwag” zebrałoby się na książkę, zauważam. Póki co cumujemy do burty, jak to w Ustce, klarujemy się. Chwalimy się sąsiadom przeżyciami, kiedy kwadrans po nas do portu wchodzi „Monsun”. Miny skwaszone, nosy na kwintę.

– No jak tam wrażenia, Mirek ?

– A daj spokój. Nie wiem, jak u Was, ale jak nam piz…ło to bom mam w kawałkach – pokazuje mi resztki aluminiowego profilu.

Mirkowi i owszem, współczuję. Ale fakt, że my tę ostatnią przygodę przetrwaliśmy bez strat trochę mnie łechce. Na sam koniec moja męska próżność zostaje zaspokojona. Opatrzność opatrznością, ale przeżyte przygody też nas czegoś nauczą. Łódka jest fantastyczna, nie zawiodła nas i pewnie nie zawiedzie. A my, bogatsi o doświadczenia, następne wyprawy przeżyjemy z mniejszą ilością przygód nieprzewidzianych, nieoczekiwanych.

 

A – Ustka, B – Nexø C – Christiansø, D – Allinge, E – Rønne, F – Dziwnów, G – Darłówek,

A – Ustka, B – Nexø, C – Christiansø, D – Allinge, E – Rønne, F – Dziwnów, G – Darłówek,

Epilog

Wiem, że część opisanych powyżej historyjek brzmi jak głodne kawałki dla dzieci. Faktem pozostaje, że rozumek mam zbyt ścisły, aby uprawiać fikcję literacką. Opisane zdarzenia naprawdę miały miejsce. Niech wybaczą mi ci, którzy dopiero planują zacząć swoją własną przygodę z żeglarstwem morskim. Jeśli moja historia zniechęci ich na dobre, nigdy sobie tego nie wybaczę. Naprawdę nie było moim celem wystraszenie, czy zniechęcenie kogokolwiek. Oto, jak widzę w skrócie przesłanie tej historyjki:

Po pierwsze: trzeba mieć pasję. Pasja podwaja wartość naszego życia. Bez względu na to, czy pasją jest żeglarstwo, czy zbieranie znaczków.

Po drugie: podejmuj wyzwania. Wyzwania są kolejnym etapem wtajemniczenia pasjonatów. Wyzwaniem będzie zdobywanie Everestu, opływanie Hornu. Ale wyzwaniem może być też wyprawa z Ustki do Rowów. Wszystko na miarę własnych możliwości. Najważniejsze, żeby w każdym przedsięwzięciu, nawet tym całkiem malutkim i niepozornym był ten element nieprzewidywalnego, nieoczekiwanego. Tylko wtedy bowiem Wasze przedsięwzięcie osiągnie status wyzwania.

Po trzecie: podejmowanie wyzwania musi być przemyślane i przygotowane. W przeciwnym razie będzie wariactwem, a Waszemu wyzwaniu grozi katastrofa.

I wreszcie po czwarte, ale najważniejsze: oby każdy z Was miał swojego Edka. Partnera, Towarzysza i Kompana w podejmowaniu Waszego wspólnego wyzwania. Kogoś, na kim możecie polegać, kto w trudnej sytuacji wyciągnie Was z tarapatów. A także kogoś, z kim będziecie dzielić radość wspólnie pokonywanych przeszkód i zdobywanych szczytów. Nawet, jeżeli Wasz Edek będzie momentami zrzędliwy, będzie Was irytował i przyprawiał o zgrzytanie zębów, to nic. To wszystko jest bez znaczenia. Szanujcie Waszego Edka, bo prawdziwy przyjaciel to skarb bezcenny.

 

Tags: rejs

Category: Na wiatr, Spis treści

Komentarze (5)

Trackback URL | Comments RSS Feed

  1. tomasz says:

    Brawooo, stending owejszyn, zmotywowałes mnie do powrotu na pokład 🙂 Dzieki bardzo…

  2. Mateusz says:

    Swietna relacja! Z niecierpliwością czekałem na kolejny odcinek.
    Pozdrawiam z zimowego Lwowa.

  3. Karol says:

    Gdyby był potrzebny niemęczący załogant na podobne przygody na w lecie 2012 to mam palec w górze!
    naparty@utp.edu.pl

  4. Jarek says:

    Piotrze, chociaż nasza znajomość jest jedynie wirtualna to podziw bardzo prawdziwy. Za równo relacja z budowy (jak wiesz książkę posiadam) jak również opis rejsu, o którym myślę, marzę i planuję są bardzo zachęcające. Jak widać warto mieć Pasję:). Pozdrawiam
    ps. szkoda tylko, że tak mało fotek:(.

  5. Leszek says:

    Witam, Panie Piotrze czytając popłakałem się ze śmiechu…
    Gratuluję efektów pracy – jacht wspaniały.
    Mam skorupę Pasji 800 poszytą i oblaminowaną do dokończenia.
    Jak Pan rejestrował swój jacht? Były jakieś problemy?
    Stopy wody pod kilem.
    Pozdrawiam Leszek

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates