Z Edkiem i Monique dookoła… cześć 7

…jeszcze nie świata

Dzień szósty – 5 sierpnia 2011, piątek

Wyspani, umyci, pełni energii o 6 rano odbijamy od nabrzeża. Po ostatnich przeżyciach nie ma już ani śladu. Być może w zakamarkach pamięci wspomnienia tamtej feralnej nocy będą już zapisane na trwałe, ale dzisiaj zapisujemy nową kartę, a wstecz się nie oglądamy.

– Kapitanat portu Dziwnów, jacht „Monique” dziękuje serdecznie za gościnę. Kierujemy się na Ustkę.

– OK, Bonik, powodzenia i pomyślnych wiatrów.

Podbudowani dodatkowo tym serdecznym pożegnaniem opuszczamy gościnne brzegi Dziwnowa. Jako schronienie dla żeglarzy wywarł na nas naprawdę bardzo korzystne wrażenie.

Na razie wieje dokładnie według prognozy – południowa trójka do czwórki.

– Widzisz Edziu, mówiłeś, że prognozy są g… warte. A zobacz, jak nam ładnie dmucha – mruczę z zadowoleniem w takt pomrukiwania rozpędzonej łódki.

– Pożyjemy, zobaczymy – filozoficznie odmrukuje załogowy sceptyk.

Póki co, nie ma powodów do obaw. Płynie się super, półwiatrem. Wkrótce widzimy na horyzoncie latarnię morską.

– O, już Kołobrzeg – ćwierkam radośnie – popatrz no, jakiego mamy kopa.

– A może to Wolgast, co? Ha, ha, ha! – złośliwie odcina mi się moja załoga.

Po pół godzinie zbliżamy się do… Niechorza. Potwierdza to tylko udowodnioną wcześniej tezę, że g…any ze mnie nawigator. A jeżeli nawet nie g…ny, to co najmniej beztroski i niefrasobliwy.

Co ma wisieć, nie utonie. Za Niechorzem faktycznie ukazują się już zarysy Kołobrzeskiej katedry. Czyli nie zabłądziliśmy, a prędkość mamy naprawdę przyzwoitą. Około 11 mamy port kołobrzeski na trawersie. I wtedy zapala mi się w głowie żarówka:

– Edek, pamiętasz, że miały być manewry marynarki w naszej strefie?

– Faktycznie. Warto by sprawdzić.

Słoneczko świeci, więc ruch turystyczny na redzie spory. W eterze słychać od czasu do czasu pogawędki:

– Kapitanat portu Kołobrzeg, „Monika 5” na wyjściu.

– „Monika 6” na wejściu…

Postanawiam się włączyć w tę interesującą konwersację:

– Kapitanat portu Kołobrzeg, jacht „Monique” prosi.

– No co tam, Monika ?

– Panie Bosmanie, czy strefa 6 i 6a są dzisiaj zamknięte?

Bosmana na chwilę zatkało. Chwilkę trwało, zanim zorientował się, że nie jesteśmy Moniką 7.

– Monique, poczekajcie, zaraz sprawdzę

– …

– Zgadza się. Ćwiczenia trwają do jutra, do 2 w nocy – potwierdza nasze przypuszczenia bosman.

Dziękujemy uprzejmie za informacje i ruszamy dalej. Chcemy przed nocą zdążyć do domu. Zastanawiamy się więc, jak ominąć rzeczoną strefę, żeby nie stać się celem dla rakiet woda-woda. Studiuję zawzięcie mapę.

– Na moje, to jakbyśmy się odłożyli na północny wschód, powiedzmy na 50 stopni, to trafimy dokładnie na narożnik strefy. Jak odejdziemy na 20 mil od brzegu, popłyniemy trochę wzdłuż granicy strefy, a potem skręcimy na południe i na kolację będziemy w domu – dumnie wyłuszczam Edkowi swoją wyrafinowaną strategię.

– Może być, tylko na moje to wiatr trochę słabnie, więc przed nocą nie damy rady – studzi mój optymizm kolega.

– No to wejdziemy w nocy, żaden problem – ustalamy zgodnie.

Odkręcamy więc na 50 stopni i powoli oddalamy się od Kołobrzegu i od brzegu. Słońce grzeje jak na patelni, wiatr faktycznie trochę zdycha. Nam, starym wilkom zaczyna się trochę nudzić. Ponieważ teraz wieje nam od rufy postanawiam urozmaicić żeglugę.

– A może postawimy spinakera, co Edziu ? Pokażę Ci, jak wygląda łódka pod pełnymi żaglami, a przy tym powinniśmy popłynąć szybciej.

– Mnie tam pasuje. To ja siadam za ster, a Ty wciągaj te swoje szmaty – spolegliwie, acz z umiarkowanym zapałem zgadza się mój sternik.

Wciągam więc spinaker. Łódka, jak zawsze w takich sytuacjach, puchnie z dumy. Balon spinakera wydyma się i łódka nieco szybciej płynie naprzód.

– I jak Ci się podoba ? – ja też puchnę z dumy i oczekuję zachwytów.

– Tak, fajnie, ale dużo szybciej to my nie płyniemy – wylewa na mnie kubeł zimnej wody Edward.

Rzeczywiście, wiatr wyraźnie zdycha. Spinaker zamiast się wydymać zaczyna smętnie łopotać, wreszcie zwisa bezradnie. Chwilę później jest już kompletna flauta. A jeszcze chwilę później zaczyna słabiutko dmuchać, ale… dokładnie z przeciwka. Stoimy więc w miejscu.

– A to też było w tej Twojej prognozie ? – podkpiwa sobie ze mnie nasz załogowy dowcipniś.

– Nie było. Mówili tylko o okresowych burzach – odgryzam się Edkowi.

Robi się plażowo. Zaczynamy się więc opalać, drzemać, dzwonimy do domu. Komórkę przestałem już dawno trzymać w woreczku foliowym, a przy tej plaży w ogóle nie chowam jej do kabiny, tylko noszę przy sobie. Edek z nudów studiuje brzegi przez lornetkę. W pobliżu widać też łódź policyjną.

– Ci to pewnie pilnują, żeby ktoś przez pomyłkę do strefy nie wpłynął – wysuwam śmiałą hipotezę.

– Na moje to oni na rybki wypłynęli – po oględzinach przez lornetkę stwierdza mój pokładowy obserwator.

– Ale to znaczy, że dobrze płyniemy, jeśli chodzi o strefę – utwierdzam się w trafności mojej nawigacji.

Stoimy więc dalej, nudzimy się i opalamy.

– Popatrz no, Edziu, tyle mieliśmy przeżyć ostatnio, że teraz to już chyba limit przygód wyczerpaliśmy i do końca przyjdzie nam się nudzić – zaczynam filozofować.

– No na to wygląda, ale co przeszliśmy, to przeszliśmy. A teraz na wieczór przyjdzie zasiąść w foteliku, co wcale nie musi być takie straszne – mruga do mnie rozmarzony Edek.

Z nudów idę na dziób. Kiedy wracam, potrącam leżącą na pokładzie lornetkę. Ta turla się trochę dziwnie, aby po chwili zawahania wyskoczyć wdzięcznie za burtę i z pluskiem wpaść do wody.

Na chwilę zamieram obserwując lornetkę. Nie idzie, jak kamień, na dno, tylko przez chwilę unosi się na powierzchni wody. Trwa to może 2-3 sekundy, po czym lornetka zaczyna powoli zanurzać się w wodzie. Sekunda później – skok – i jestem już w wodzie. Zadziałał chyba odruch Pawłowa, w każdym razie skok ten nie został na pewno poprzedzony żadnymi głębszymi, ani nawet płytszymi przemyśleniami.

Skaczę przy samej lornetce. Jednak sam skok i zanurzenie w wodzie powodują, że na moment tracę lornetkę z oczu. Chwilę potem jest już za późno. Mimo że nurkuję kilkukrotnie, nie udaje mi się już wypatrzyć lornetki. Zawiedziony wracam więc na łódkę.

– A po coś Ty tam skakał, co ? – pyta Edek, wciągając mnie na pokład – Ja sam nawet myślałem przez chwilę, żeby skoczyć, ale wiedziałem, że to nie ma sensu, bo woda od skoku od razu by ją zatopiła. Myślałem, że złapiesz ster i obrócisz łódkę tak, żebym mógł ją wyciągnąć – wyłuszcza mi szczegóły swojej teorii kolega.

Jestem zły. Z powodu utraty lornetki, z powodu nieudanej próby jej ratowania, z powodu przemoczonych ciuchów. Ale chyba najbardziej z powodu filozofowania Edka. Liczę więc do pięćdziesięciu, po czym daję upust złości:

– Wiesz co, Edziu ? Miałeś rację. Ta lornetka naprawdę była g… warta.

Oswoiwszy się ze stratą lornetki przebieram się. Ściągając spodnie sięgam do kieszeni i wyciągam… ociekającą wodą komórkę. Muszę mieć wyjątkowo głupią minę, czego nie omieszka zauważyć moje wsparcie.

– O, komórka Ci się zamoczyła. Trzeba wysuszyć, powinna działać. Ewelinie też kiedyś zamokła, wysuszyła i działała bez problemu – wyrokuje nasz załogowy elektronik.

Chyba zresztą przejmuje się tą historią z lornetką i komórką, bo bierze ode mnie telefon i przez następne 2 godziny troskliwie wyciera, dmucha, wygrzewa na słońcu, chucha, wyciera, i tak w kółko. Po dwóch godzinach próby uruchomienia komórki okazują się jednak bezskuteczne.

– Trzeba ją dłużej suszyć, najlepiej suszarką do włosów – podsumowuje temat Edek i komórka ląduje w jaskółce.

Ta druga strata trochę mnie niepokoi. Bo chociaż wierzę, że komórkę da się uratować (co później miało okazać się mrzonką ), to uświadamiam sobie, że tak oto zostajemy bez GPS. Mamy moje słynne mapy i mamy ląd prawie na widoku, więc zasadniczo nie ma się czego bać. Mam jedynie wątpliwości, czy nie wpłyniemy niechcący w zakazaną strefę. Ocena odległości na podstawie szacowania prędkości może być nierzetelna, a brzeg ma się od nas jeszcze oddalać i w końcu zniknąć nam z oczu. Nie wiem, co nam może grozić w samej strefie, za to wiem, że bez GPS możemy być od brzegu równie dobrze 25 mil, co 15. Trudno, na to nic już nie poradzimy. Dobrze chociaż, że Edek ma sprawny telefon, więc chociaż łączność z domem jest. Radio też ciągle funkcjonuje, chociaż mam świadomość, że energię powinniśmy oszczędzać na światła w nocy.

Ponieważ w dalszym ciągu jest cisza, jak przed burzą decydujemy się odpalić silnik, żeby nie tracić za dużo czasu i nie musieć potem ciemną nocą wchodzić do Ustki. Płyniemy tak może godzinę, w absolutnej ciszy, kiedy słyszę:

– Piotruś, widzisz te chmury za nami ?

Odwracam się i… dębieję. W środku słonecznego upalnego dnia zbliża się do nas chmura gęsta i czarna, jak noc. Widziałem już różne chmury, ale to wygląda jak ściana na niebie. Jest niesamowite i pewnie moglibyśmy jeszcze długo podziwiać z zafascynowaniem to zjawisko, gdyby nie drobny fakt, że chmura wyraźnie podąża w naszym kierunku.

– Może przejdzie bokiem ? – rzucam niepewnie.

– Wątpliwa sprawa. Powinniśmy raczej spieprzać stąd jak najszybciej – wyrokuje mój meteorolog.

Podkręcamy więc obroty silniczka na maksa i pędzimy, co pięć koni mechanicznych wyskoczy, do przodu, byle uciec przed burzą. „Daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia…” – ciśnie mi się na mózg. Nie mamy żadnych szans na ucieczkę. Chwilę później, w środku dnia robi się ciemno. Chmura jest tuż, tuż. Obserwuję ją i oblewam się zimnym potem. Najpierw sądzę, że wzrok mnie myli. Ale nie, naszym oczom ukazują się obrazy, jak z horrorów, jak z najbardziej katastroficznych filmideł: ciemna ściana, a z jej brzegów u podstawy wysuwają się postrzępione jęzory, wyciągające swoje zakrzywione szpony prosto na nas, jakby próbowały nas dosięgnąć i wciągnąć w piekielną otchłań burzy. Gdybym nie widział – nie uwierzyłbym.

Ponieważ dopiero co się przebrałem, nie bardzo mi się uśmiecha za chwilę być znowu mokrym. Wpadam więc na genialny pomysł:

– A może byśmy tak zeszli pod pokład, zamknęli się i przeczekali tę burzę ?

– Coś Ty, zobacz, że zaczyna teraz porządnie wiać. Stawiajmy żagle, zobaczysz jak nas teraz pociągną – burzy mój mit o suchych majtkach mój załogowy majtek.

Faktycznie, wiatr zaczyna porządnie dmuchać i to z południa. Wciągamy więc żagle i ostro ruszamy do przodu. Nie na tyle ostro jednak, żeby uciec przed burzą.

Chwilę później rozpętuje się piekło. Przeżyłem już niejedną burzę, w tym również niejedną burzę na morzu, ale coś takiego widzę po raz pierwszy. W ciągu kilku minut znajdujemy się w oku cyklonu, tajfunu, huraganu, czy jakkolwiek to zwać. Wicher zaczyna nami wściekle targać. Szoty wylatują ze stoperów, żagle zaczynają łopotać i walić z przerażeniem w takielunek. Grozi nam katastrofa. Rzucam się zrzucać genuę. Widzę, jak Edek rozpaczliwie walczy ze sterem usiłując utrzymać łódkę w ryzach. Na próżno. Łódką majta na wszystkie strony, bom przewala się z jednej burty na drugą z łoskotem uderzając o wanty. „Co strzeli najpierw, bom? Wanty? Maszt?” – zachodzę w głowę bezskutecznie usiłując zrzucić genuę. Co tylko udaje mi się ściągnąć ją na dół, wiatr, jakby oburzony moimi usiłowaniami opanowania sytuacji, jednym podmuchem sam wciąga genuę z powrotem na maszt. Powtarza się to jeszcze dwa razy, zanim w końcu udaje mi się prowizorycznie przywiązać kłąb żagla do pokładu. Ku mojemu zdziwieniu, do tej pory nic jeszcze nie pękło ! Rzucam się więc zwalać grota. Chwilę potem grot jest na dole, a my prowizorycznie rolujemy go wokół bomu. Łódka znowu jest chwilowo bezpieczna !

W międzyczasie, z płaskiej tafli morza jak grzyby po deszczu niespodziewanie wyrastają metrowe fale. Początkowo przelewają się swobodnie przez nasz pokład. Kiedy w końcu udaje nam się opanować żagle, ustawiamy się z wiatrem i pozwalamy się swobodnie nieść falom. Po dopiero co przeżytej grozie jest to miła odmiana. Mimo, że dalej leje jak z cebra, dmucha okrutnie, to żegluga z falą jest w miarę spokojna. Co pewien czas jakaś nadgorliwa fala wlewa się nam do kokpitu, ale zejściówkę mamy zamkniętą, więc nie ma obawy, że zaleje nam kabinę. W dodatku fala niesie nas we właściwym kierunku, a prędkość, mimo zwiniętych żagli (sic!) mamy znaczną. Zauważam, że płyniemy szybciej, niż fale, co oznacza, że wiatr jest tak silny, że pawęż, maszt i słabo sklarowane żagle działają jak normalne żagle, tylko o nieco zredukowanej powierzchni.

Ta nieco groteskowa żegluga najwyraźniej rozbawia mojego partnera.

– A widzisz, a Ty się chciałeś chować pod pokład. Dopiero by nami bujnęło ! – przygaduje mi.

– Edziu, sam pomysł nie był zły, tylko brakowało nam dryfkotwy – błyskam wiedzą.

Po wyjaśnieniu zasady działania dryfkotwy dochodzimy do wniosku, że przed ewentualnymi kolejnymi wyprawami powinienem się w taki sprzęt zaopatrzyć, a póki co powinienem słuchać rad kolegi.

Jest około 15, kiedy burza przechodzi. Przestaje padać i wraca lekki południowy wiatr. Niestety, słońce już się nie pojawia, utrzymuje się całkowite zachmurzenie.

Przebieram się drugi już dzisiaj raz w suche ciuchy, wciągamy żagle i płyniemy dalej. Ponieważ lądu już nie widać, czy to przez chmury, czy przez odległość, oceniam z grubsza przebytą drogę i dochodzę do wniosku, że powinniśmy już być na granicy strefy. Ustawiamy się więc ostro na wschód i płyniemy wzdłuż strefy. W tym, że nasze szacunki są prawidłowe utwierdzają nas tyki rybackie wskazujące położenie sieci. „Przecież nie stawialiby sieci w strefie ćwiczeń” – ustalamy zgodnie. Wiemy, że strefa jest szeroka na jakieś 20 mil. Przez 4 godziny płyniemy więc niezmienionym kursem, nie widząc po drodze nic, oprócz rybackich tyk. Wreszcie o 20 podejmuję decyzję:

– Dobra, Edziu, czas płynąć do domu. Bierzemy kurs na Ustkę.

– A nie boisz się, że wpłyniemy w strefę ?

– Jeśli nawet, to zetniemy tylko delikatnie jej róg. Nikt tego nawet nie zauważy – kombinuję roztropnie.

Nie wiem, czy przekonuję tym Edka. W każdym razie zmieniamy kurs na 120-150 stopni.

– Za jakieś 2 godziny powinniśmy zobaczyć światła – zauważam, bo w międzyczasie zaczyna  się ściemniać.

Perspektywa trzeciej nocy na morzu trochę nam warzy humor. Na dokładkę znowu zaczyna lać. Tym razem bez burzy, monotonnie, sennie ale dosadnie. Znowu jestem przemoczony do nitki. Tego już za wiele.

Żegnajcie nam dziś hiszpańskie dziewczyny, żegnajcie nam dziś marzenia ze snów… – wykrzykuję pełną piersią.

– Oj , to już musi być z Tobą kiepsko – niepokoi się mój załogowy psychoterapeuta.

Ku brzegom Irlandii znów przyjdzie nam płynąć, lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znów – drę się na całe gardło, nie przejmując się podejrzeniami Edka.

– Nie wiedziałem, że umiesz śpiewać – próbuje mnie wytrącić z rytmu.

Heja! I smak Waszych ust, hiszpańskie dziewczyny, w noc długą i ciemną znów będzie się śnił – nic sobie z tego nie robię.

Kiedy mimo moich usilnych prób przepędzenia złego humoru deszcz dalej uparcie robi swoje, wpadam w nostalgiczny nastrój:

– Gdzie ta keja, a przy niej ten jacht, gdzie ta koja wymarzona w snach…

– Oj ta ciepła koja to by się nam teraz przydała – uzupełnia tekst mój szantymen.

W końcu niebo się nad nami lituje i przestaje lać, a ja przebieram się po raz trzeci tego dnia. Z bezsilności nasz humor robi się nieco czarnawy.

– Ty, a jak zaczną do nas strzelać, to chyba najpierw nas ostrzegą, co ? Namierzą najpierw laserem, a potem ostrzegą ? – dopytuje się Edek, jakbym w kwestiach naszej narodowej obronności miał być ekspertem.

– Ty tam nie myśl o laserach, tylko lepiej wypatruj torped. Jak w porę dostrzeżesz, to zdążymy zrobić manewr wymijający – odbija mi już totalnie.

– E tam, chyba w taką pogodę nikomu nie będzie się chciało strzelać – z nadzieją ryzykuje Edek.

Wkrótce mamy się o tym przekonać. O 21 jest już ciemno, a o 22, zgodnie z oczekiwaniami, obserwujemy daleką poświatę. Niestety, tym razem reguła, że „jak się ściemni to się rozjaśni” nie sprawdza się. Żadne z tych świateł nie przypomina bowiem latarni morskiej, ani w ogóle niczego. Zbliżamy się powoli do tych świateł.

– Te światła jakoś mi dziwnie wyglądają – podejrzliwie zauważa Edek.

– Światła, jak światła – stoicyzm mnie nie opuszcza.

– One się jakoś tak dziwnie regularnie układają, nie uważasz? – drąży dalej mój Holmes.

– No faktycznie, jakby w rzędzie – teraz i ja to zauważam.

– To wygląda jak… cele! Jezus Maria! Wyjechaliśmy w samym środku poligonu! Zaraz nas rozwalą! Spieprzajmy stąd natychmiast! – Edek jest autentycznie przerażony.

Nie zamierzam wpadać w panikę, bo uważam, że takie przypadkowe zatopienia zdarzają się wyłącznie na filmach. Niemniej jednak jestem świadom, że mogliśmy zboczyć z kursu, więc Edka niepokój i mnie się udziela. Posłusznie więc odkręcam mocniej na wschód. Powoli, powoli zaczynamy się oddalać od świateł. Równie powoli równowagę odzyskuje Edek.

– Teraz to naprawdę miałem stracha – przyznaje się.

– No ale już raczej nic nam nie grozi. Zobacz, teraz to już na pewno jesteśmy poza strefą. Zaraz powinniśmy widzieć brzeg – z przekonaniem dodaję.

Tymczasem brzegu jakoś nie widać. Początkowo w ogóle nic nie widać. Po kolejnej godzinie zauważamy jakieś słabe światła. Żadnych latarni.

– Nic nie rozumiem. Skoro to jest brzeg, to gdzie są latarnie? Gdzie jest Ustka? Gdzie Jarosławiec? Gdzie Darłowo? – zachodzę w głowę.

– Te nasze latarnie są beznadziejne. Powinny być widoczne z daleka, a tymczasem musisz podejść pod sam brzeg, żeby coś zobaczyć – podsumowuje nasz system latarń Edek.

– A może wypłynęliśmy już za Ustkę i Łebę? Tam jest taki długi fragment bez latarni – wysuwam kolejną śmiałą hipotezę.

Jestem autentycznie bezradny. Czegoś takiego absolutnie się nie spodziewałem. W naiwności swojej uważałem, że wystarczy podejść pod brzeg, a po światłach latarń zawsze można się zorientować w pozycji. Zrobić namiar na jedną latarnię, na drugą i na przecięciu namiarów mamy pozycję. No dobrze, tylko gdzie, do cholery, są te przeklęte latarnie ?

Pewna grupa świateł świeci bardziej intensywnie, niż pozostałe. Czepiam się tego i obieram kurs na te światła. Sądzę, że w miarę zbliżania pojawią się kolejne światła, łuna miasta i w końcu jakaś latarnia. Tymczasem zbliżamy się, a światła cały czas świecą tak samo, czyli nijak.

Kiedy jestem prawie pewien, że już za chwileczkę, już za momencik, piątek z Pankracym zacznie się kręcić, a my gdzieś w końcu dopłyniemy, z zadumy wyrywa mnie okrzyk Edka:

– Piotrek, jesteśmy prawie na brzegu ! Widzę drzewa i plażę. Zaraz wyjedziesz na piasek!

No to ci dopiero. Tego jeszcze nie grali. Sądziliśmy, że światła, do których płyniemy są na brzegu, a tymczasem one są schowane w głębi lądu i dają tylko poświatę, która nas zmyliła.

Dokąd teraz? Na zachód? Tam poligon i strzelają. Odkręcamy więc na wschód i płyniemy wzdłuż brzegu. W dalszym ciągu absolutnie nic nie widać. Ani krzty światła. Zaczynam się obawiać, że tracę rozum.

– Wiesz co, Edziu ? Zawsze możemy się sztrandować. Podniesiemy balast, wyjedziemy na plażę i przeczekamy do świtu. A rano zorientujemy się gdzie jesteśmy i popłyniemy dalej – proponuję w końcu.

– Chcesz porysować dno ? A jak się potem ściągniemy z powrotem na wodę? – oponuje Edek niepewny, czy żartuję, czy mówię poważnie.

Sam tego nie wiem. Z jednej strony uważam to za bezsensowne. Łódka jest sprawna, jesteśmy blisko brzegu, w każdej chwili możemy zawinąć do jakiegoś portu. Wyjedziemy na brzeg, a rano okaże się, że byliśmy kilometr od jakiegoś portu. Bez sensu ! Z drugiej strony jestem już naprawdę zmęczony. I to nie fizycznie, bo przecież porządnie spaliśmy poprzedniej nocy. Jestem zmęczony własną niemocą, sfrustrowany bezradnością i absurdalnością całej sytuacji.

Edkowi też doskwiera moja ignorancja.

– Myślałem, że wiesz, dokąd płyniemy. Że masz wszystko dokładnie policzone, wymierzone.

– Ja też tak myślałem, Edziu – odpowiadam ze skruchą.

Płyniemy więc dalej na wschód, na silniku, bo wiatr zdycha w międzyczasie. Trzymamy się blisko brzegu. Kończy nam się paliwo, mamy w zapasie ostatnie pięć litrów. To może starczyć na jakieś 2 godziny. Sytuacja staje się klarowna: albo znajdziemy port w ciągu 2 godzin, albo lądujemy na plaży. I tym optymistycznym akcentem wkraczamy w kolejną dobę naszej wyprawy.

 

Tags: rejs

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates