Z Edkiem i Monique dookoła… cześć 6

…jeszcze nie świata

Dzień piąty – 4 sierpnia 2011, czwartek

Początek kolejnej doby naszego rejsu nie przynosi przełomu w naszej, co by nie mówić, nieciekawej sytuacji. Wieje uparcie tak samo, ósemka z południowego wschodu. Nie tężeje, nie słabnie, buja, przelewa się. Osiągamy więc pewien poziom status quo. Być może powinno nas to uspokoić. Ja jednak jestem ciągle na maksymalnej adrenalinie. Obserwuję sztag, który pod naporem wiatru cały czas wygina się w piękny, aczkolwiek przerażający łuk i myślę: „Co pieprznie pierwsze ? Sztag, czy maszt ?” Rozważanie jest nieco akademickie, bo zasadniczo wiem, że jeśli najpierw pęknie sztag, to chwilę później maszt i vice versa. W obu przypadkach oznacza to dla nas kłopoty, w najlepszym razie dalszą żeglugę na silniku, w najgorszym jakieś 100 metrów żeglugi… na dno. Czuję, że zagrożenie jest poważne i całkiem realne. Nie bardzo mam co z tym zrobić, zaczynam więc się modlić. „Boże, wiem, że mógłbyś mnie bez problemu posłać na dno. Pewnie nawet zasłużyłem na to swoją głupotą, swoją butą, niefrasobliwością i lekkomyślnością. Miałbyś więc pełne prawo do takiej decyzji. Z drugiej strony, tyle razy już wyciągałeś mnie za uszy z bagna, tyle razy pokazywałeś, że Ci na mnie zależy, że przecież niemożliwe, żebyś nagle teraz postanowił ze mnie zrezygnować. A poza tym, co ja powiem Czesi ???”. Takie oto przemyślenia krążą mi po głowie. Po jakimś czasie, metafizyka zaczyna w mej głowie ustępować miejsca logice i myśleniu praktycznemu.

„Cholera, miałem zwiększyć składkę w polisie na życie. Czy w razie czego wypłacą Monice wyższe, czy niższe odszkodowanie ?” – roztropnie kalkuluję. „A co z polisą jachtu ? Właśnie, przecież łódka jest ubezpieczona tylko w żegludze przybrzeżnej ! Zaraz, zaraz, to znaczy 20 mil od brzegu. K…, przecież jestem dalej od brzegu, niż 20 mil ! Ile mi może brakować ? Może 10, może 15 mil. Żeby choć tyle przepłynąć. A w razie czego zawsze można by ściemnić, że płynęło się w strefie, tylko wiatr i fale zepchnęły. Jeszcze tylko 15 mil. Jeszcze 10…”

Na takich oto wesołych rozważaniach upływają nam kolejne minuty i godziny żeglugi. Wiatr – bez zmian, fale – bez zmian. Trudno mówić o nudzie, bo to nam raczej nie grozi, ale sytuacja jakby się stabilizuje. Edek steruje sobie spokojnie, a ja nadal zastanawiam się, co by tu jeszcze mogło trzasnąć na łódce.

– Ster nie działa ! – z otępienia wyrywa mnie okrzyk kolegi – K…, on w ogóle nie reaguje !

„No to koniec” – myślę. Tego nie wziąłem pod uwagę. Można żeglować bez masztu, ale bez steru nie ma szans. Zaraz fale ustawią nas bokiem, a wiatr i kolejne fale dokończą dzieła. Rzucam się do steru.

– Edziu, żeby ster działał, łódka musi się posuwać do przodu. A jak ma się posuwać, skoro ustawiłeś ją pod wiatr – odzyskuję odrobinę nadziei.

– Przecież tu nic nie widać! Skąd mam wiedzieć, że stoję pod wiatr – wścieka się mój sternik.

– Spójrz Edziu, jest kilka gwiazd. A ta przed nami świeci nawet całkiem wyraźnie. Kieruj się na nią, to na pewno nie staniesz pod wiatr – ustalamy nowy plan.

Ponieważ jest już 1 w nocy wypatrujemy z nadzieją świateł. Według naszych pobożnych życzeń powinniśmy już widzieć światła Kołobrzegu. I faktycznie, około 1.30 zauważamy najpierw poświatę, a nieco później wyraźne błyski latarni.

– Hura! Jesteśmy uratowani! – krzyczymy obaj przejęci.

Chociaż do brzegu jest pewnie około 20 mil, czujemy się jak byśmy już zaraz mieli przybijać. Spływa z nas całe napięcie. Dochodzę do wniosku, że nie ma co błądzić i obieram kurs na latarnię. Muszę przez to odpaść mocno na zachód i zamiast pod falę płynąć lekko z falą. Efekt jest piorunujący. Zamiast walczyć o życie, zmagając się z przeciwnym wiatrem i falą, łódka zaczęła się łagodnie wozić i kołysać, niezalewana przez wodę. Zmiana kierunku daje się też odczuć jako pozorne osłabienie wiatru. Prawdziwy komfort i luz.

– Zobacz Edziu, jak się teraz fajnie płynie – ryzykuję dla podniesienia humoru na jeszcze wyższy poziom.

– No niby tak, ale w ten sposób oddalamy się od domu ! – studzi mój optymizm Edek.

– To wolisz dalej męczyć się tak, jak przez ostatnie 8 godzin ? – pytam z niedowierzaniem.

– Pomęczymy się trochę, ale szybciej będziemy w domu. Cholera wie, jak długo potem będziemy się bujać z Kołobrzegu. A tak, wylądujemy w Darłowie i do domu będziemy mieć rzut beretem – roztropnie konstatuje kolega.

Obracamy się więc z powrotem pod wiatr i fale i wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi i w ogóle wbrew wszystkiemu znowu zaczynamy walkę. Staramy się kierować maksymalnie na wschód, w kierunku domu. W tamtym kierunku widać zresztą też jakieś ślady świateł. W wyobraźni widzimy tam już Ustkę.

– A Ty jesteś pewien, że to Kołobrzeg świeci? – zasiewa w mym sercu ziarno niepokoju Edek.

– No a co niby to może być? – odzywam się z głupia frant.

– No nie wiem, Ty tu jesteś od nawigacji – przytomnie, acz bezczelnie odbija piłkę Edward.

– Sprawdzę nasz komórkowy GPS – ja na to z pewnością w głosie. Jednakże z niewiadomych przyczyn jesteśmy poza zasięgiem sieci i mapy się nie ładują.

– Policzę okres latarni i sprawdzę na mapie – postanawiam zgasić Edka naukowo. – Wychodzi mi jakieś trzy i pół sekundy. Zaraz wszystko będziemy wiedzieć – dodaję.

Chwilę później z uśmiechem triumfu na gębie wynurzam się z kabiny.

– Mówiłem, że Kołobrzeg. Okres 3 sekundy i widzialność 15 mil – stwierdzam bez cienia wątpliwości.

– Czyli tamte światła, na które płyniemy, to Ustka, albo przynajmniej Darłowo – cieszy się mój zmiennik.

– Czyli tak, jak mówiliśmy, na wieczór powinniśmy być w domu – klepiemy się po przemoczonych i zziębniętych ramionach.

Płyniemy więc uparcie dalej. Nie dajemy rady utrzymać kursu na Darłowo, musimy trochę odbić na południe. Wiatr trochę zmienia kierunek, ale przy okazji delikatnie słabnie. Początkowo wygląda to na złudzenie, kiedy jednak w ciągu godziny nie zalewa nas żadna fala musimy zgodnie uznać, że wiatr osłabł do siódemki. Kiedy przed czwartą zaczyna świtać, wieje już tylko mocna szóstka. Naprawdę zaczynamy wierzyć, że jesteśmy uratowani.

Po jakimś czasie dostrzegamy zarys wiatraków.

– Widzisz, mówiłem Ci, że wyjedziemy na Darłowo – triumfalnie woła Edzio

– No super Edziu, tylko to jest jeszcze cholernie daleko, a przy tym idealnie pod wiatr.

Widzimy ląd, blisko, a jednak tak daleko. Prawie nie posuwamy się do przodu. W końcu, z bólem serca, decydujemy się zwinąć żagle, odpalić silnik i na silniku dojść do Darłowa. Generalnie to wstyd dla żeglarza odpalać silnik w sytuacji, kiedy jacht jest sprawny a załoga względnie zdrowa, przynajmniej w sensie fizycznym. Jesteśmy jednak wyczerpani rozlicznymi atrakcjami minionej nocy. Generalnie rzecz biorąc mamy dość przygód jak na jeden dzień. Chcemy gdzieś przybić i odpocząć. Radzi nie radzi, odpalamy Króla Mórz i naprzód !

Na oko jest dość blisko. Szacujemy, że po godzinie – półtorej będziemy w Darłowie. Tak bardzo chcemy w to wierzyć, że postanawiamy zapomnieć na chwilę, że przyjdzie nam się pchać pod falę i pod wiatr. W efekcie z półtorej godziny robi się… pięć godzin. Spalamy w tym czasie ponad połowę naszych zapasów paliwa, trochę wylewa się nam do morza. Suma summarum w baku pozostaje jeszcze jakieś 10 litrów, z czego i tak nie zamierzamy już korzystać.

Naszym oczom ukazuje się brzeg, jakieś pagórki, zarys zabudowań. Nie wchodziliśmy nigdy wcześniej do Darłowa, więc brzeg nie może nam się wydać znajomym, poza wiatrakami na horyzoncie. Brakuje też jakoś latarni morskiej, której istnienia jesteśmy raczej pewni. Nie mając konkretnego punktu orientacyjnego nie wiemy dokąd się kierować. Ponownie wyciągam więc mój GPS. Tym razem się uruchamia.

– Wiesz co Edziu ? Nie wiem, jak Ci to powiedzieć, ale chyba nie jesteśmy w Darłowie – zagajam cichutko.

– A gdzie niby jesteśmy ? – z groźnym pomrukiem zagaja Edward.

– W Dziwnowie…

– Cooo? To niemożliwe! Przecież to prawie przy granicy ! Przecież widzieliśmy Kołobrzeg! – z niedowierzaniem wykrzykuje mój partner.

– Najwyraźniej to nie był Kołobrzeg… – przyznaję skruszony.

– To co to niby mogło być ?

– Nie wiem. Chyba Wolgast w Niemczech – kończę dyskusję.

Nie mam pojęcia, skąd mi się bierze to Wolgast. Nie mogę powiedzieć, że to pierwsza nazwa, która przychodzi mi do głowy. Myślę, że studiując mapę zobaczyłem tę nazwę jako pierwszą po niemieckiej stronie i uznałem, że to tę miejscowość musieliśmy widzieć w nocy. Bez znaczenia jest przy tym fakt, że w Wolgast nie ma latarni morskiej, a światła, które widzieliśmy, emitowała latarnia morska w Świnoujściu. Dodatkowej pikanterii dodaje fakt, że jak sprawdziłem na mapie, Świnoujście świeci z okresem 5 sekund (błysk 1 sekunda, przerwa 4 sekundy), a ja w nocy byłem absolutnie pewien, że widzę światło o okresie 3 sekundy. Każdy widzi to, co chce widzieć…

Dziwnów od strony morza znamy równie dobrze, jak Darłowo. Na szczęście tym razem sprawdza się nasz GPS, który pozwala nam po kolejnej godzinie błądzenia wzdłuż brzegu rozpoznać główki portu w Dziwnowie.

Słońce troszkę przygrzewa, więc solar zaczyna działać. Odpalam więc radio i jakby nigdy nic, jakbym nie miał za sobą najcięższej nocy w życiu, beztrosko rzucam w eter:

– Kapitanat portu Dziwnów, jacht żaglowy „Monique” prosi o zgodę na wejście

– …

Powtarzam wywołanie, znowu bez odzewu. „Tutaj też nas mają w d…” – konstatuję rozczarowany. Wpływamy więc bez zaproszenia w główki i tu czeka nas niespodzianka. Wejście dwa razy szersze, niż w Ustce, prawie tak szerokie jak R?nne, a na falochronach duże napisy: „Kotwiczenie wzbronione”, „Kapitanat na kanale 10”… No tak ! Nadaję przecież na 16, nic dziwnego, że nikt nie odpowiada ! Szybko zmieniam kanał.

– Kapitanat portu Dziwnów, jacht żaglowy „Monique” na wejściu do portu

– No witam, witam. Jak nazwa jachtu?

– „Monique”

– OK, Bonik, a załoga jaka?

– „Monique”, 2 osoby

– Dobra, Medyk, gdzie chcecie cumować ? Obie przystanie są do Waszej dyspozycji, cumujcie gdzie Wam wygodniej – bardzo uprzejmie zaprasza nas przygłuchy Bosman.

Dziwnów - port

Dziwnów - port

Przystań też okazuje się dla nas miłym zaskoczeniem. Duża, przestronna, żadnego cumowania burta w burtę. Znajdujemy sobie eleganckie miejsce przy kei, cumujemy, schodzimy na ląd. Chciałoby się całować ziemię, ciągle nie możemy uwierzyć, że po pierwsze: ta noc nam się rzeczywiście przydarzyła i po drugie: wyszliśmy z tego żywi. Spływa z nas adrenalina, ustępując miejsca zmęczeniu. Mamy autentycznie dość żeglowania, dość wszystkiego. Wiem, że silny wschodni wiatr będzie się utrzymywał cały dzień, więc o dalszej żegludze nie ma mowy. Nie zastanawiam się długo. Wyciągam telefon:

– No cześć, Rybko, właśnie przypłynęliśmy. Tylko wiesz, nie trafiliśmy do Kołobrzegu, tylko do Dziwnowa. Tak, wiem, że to trochę dalej. Nie możemy dalej płynąć, więc tak sobie pomyślałem, że może pojechalibyśmy do domu, a po łódkę przyjedziemy kiedy indziej. Zaraz pójdę sprawdzić, czy nie ma autobusów, a jak nie będzie, to przyjedziesz po nas ? – łaszę się jak wyliniały kocur do Moniki.

Monika nie jest może zachwycona perspektywą jazdy, ale nie odmawia. Idę więc sprawdzić autobusy. Po drodze odwiedzam Bosmana przystani.

– Dzień dobry, chcielibyśmy zostawić łódkę na parę dni. Wstępnie do soboty.

– Nie ma sprawy, stójcie, jak długo chcecie. A skąd Was przyniosło?

– A z Ronne.

– Co? Płynęliście tej nocy z Bornholmu?

– No owszem, a bo co? – udaję głupka.

– A bo rano byli tu tacy jedni, łódką niewiele większą od Waszej. Płynęli z Nexo. Wyglądali, jakby widzieli się ze śmiercią…

– A co mówili? – pytam niedbale, jakby mnie tam nie było.

– Że cieszą się, że żyją…

– No, myślę, że wiem, co mieli na myśli – przyznaję już z pokorą.

Poinstruowany przez bosmana docieram na przystanek PKS. Niestety, nie ma ani śladu rozkładu jazdy, ani w ogóle żadnych pisemnych treści, poza graffiti. Wracam więc na przystań i sprawdzam rozkład w internecie. Edek tymczasem z przejęciem relacjonuje Czesi nocne przygody:

– No wiało strasznie. Myśleliśmy, że nie dopłyniemy – nie ściemnia Edek, ale widzę, że jest już rozluźniony i uśmiechnięty. Z niego też już zeszło napięcie.

W międzyczasie okazuje się, że jedyny autobus do Słupska odjeżdża za 5 minut!

– Edek, autobus za 5 minut! Biegniemy?

– Nie damy rady. Musimy ogarnąć choć trochę ten bałagan. Spakować się – odpowiada zrezygnowany Edek. Widzę, że cholernie chciałby już siedzieć w autobusie do domu.

No nic, pozostaje nam czekać pół dnia na Monikę. W międzyczasie, już na spokojnie, na chłodno analizuję naszą sytuację. „Łódce tu nic nie grozi. Tylko kiedy ją zabierzemy? Do Ustki to cały dzień żeglugi i to przy sprzyjających wiatrach. Nie mam żadnej gwarancji, że w najbliższych dniach będzie wiało z zachodu. A jak w ten weekend jej nie zabiorę, to kiedy ?” – analizuję „za” i „przeciw”. Później dochodzą refleksje bardziej emocjonalne: „Zostawić Monique? Na zatracenie? Po tym, jak była dzielna w nocy, jak nam w zasadzie podarowała życie ? Chyba na łeb upadłeś!” Sprawdzam więc jeszcze raz prognozę pogody.

– Wiesz co, Edziu? Jutro będą super warunki. Południowy wiatr, czwórka. Idealnie na powrót do domu – zarzucam z nadzieją.

– Ja tam w te prognozy nie wierzę. Mówię Ci, że one są g… warte. Wczoraj też miało być super. I co było ? – odparowuje zdecydowanie mój meteorolog.

– No fakt, prognozy nie zawsze się sprawdzają. Ale jutro będzie super, mówię Ci! – nie daję za wygraną.

– Czyli chcesz tu zostać do jutra? Nie jechać do domu? – Edek jest wyraźnie wstrząśnięty.

Widzę, że myślami jest już dawno w domu, dogląda swojego ogródka i dłubie coś w swojej szopce. Mentalnie, jego rejs się skończył.

– To zrobimy tak: Ty, Edziu pojedziesz do domu, a ja tu zostanę i jutro popłynę do Ustki. Spokojnie, dam sobie radę, naprawdę. Jedź.

Chwila wahania. Nawet bardzo długa chwila. Widzę, że nie ma na to absolutnie nawet cienia ochoty. A jednak słyszę:

– O nie, kolego, nic z tego. Razem zaczynaliśmy i razem to skończymy. Zostaję z Tobą.

Niewiele brakuje, a wzruszę się i rzucę mu na szyję.

– Poza tym sam na pewno byś sobie nie poradził – dorzuca z politowaniem mój bohater.

Plaża w Dziwnowie

Plaża w Dziwnowie

I tak oto czeka nas piękny słoneczny dzień w nadmorskim kurorcie. Próbujemy się zdrzemnąć, ale jest za jasno i dookoła cały czas coś się dzieje. Leżymy trochę, a potem wybieramy się na podbój Dziwnowa. A że do podbijania za dużo nie ma, lądujemy w końcu na plaży. Jest fantastycznie, słońce, gorąco, sielankowa atmosfera, plażowicze. Sączymy piwko, trzykrotnie tańsze, niż na Bornholmie, a wcale nie gorsze. Edek snuje swoje historyjki, ja swoje. A jednak musimy mieć w głowach wciąż obrazy ostatniej nocy, bo kiedy brodzimy boso przy brzegu, w głowie kołacze mi się ulubiona szanta:

„Zły ocean dziko wył,

wiatr tarmosił złoty pył (to według mojej prywatnej aranżacji).

A my żeglarze, kapitan złoty chłop,

a najbliższa nam ziemia to dno…”

Z tym tekstem na ustach wracamy na łódkę i zasypiamy kamiennym snem sprawiedliwych.

 

Tags: rejs

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (1)

Trackback URL | Comments RSS Feed

  1. Marek says:

    Swietny tekst Piotrze, napisany z humorem i swadą. gratuluje duzego dystansu do siebie. Bardzo miło się czyta Twoje teksty zwłaszcza w takie szare zimowe wieczory.
    Piotrze, fajny rejsik i swietny opis…
    pozdrawiam
    marek

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates