wiosłować po morzu część 2

Elementy Rowingera 21 zostały wycięte z sklejki sterowaną numerycznie maszyną. Podczas oglądania efektów pracy, uczucie rozpakowywania prezentu na gwiazdkę towarzyszyło mi do ostatniego elementu. Nie mogę powiedzieć, żebym był w tym odosobniony, wszyscy domownicy asystowali. Z planów poukładania elementów w kolejności do montażu nici, wszyscy chcieli wszystko zobaczyć i wiedzieć co do czego będzie. Znalazłem w tej układance elementy pokładu i ułożyłem je na podłodze szkutni. Reakcja była natychmiastowa – Ale wielkie!

Pierwszym etapem było sklejenie największych elementów, które składały się z dwóch części. Pierwotnie myślałem, że 5 kobyłek wystarczy. Ostatecznie miałem 9 solidnych i 4 mniej solidne. Elementy na kobyłki i pasujemy, system puzzlowy ułatwiał pozycjonowanie, natomiast krawędzie trzeba było przeszlifować papierem ściernym, aby usunąć wiszące wióry. Gdy wszystko było gotowe krawędzie nasączaliśmy rzadką żywicą epoksydową kilka razy pędzelkiem, dopiero potem nakładaliśmy gęstą żywice i ściskaliśmy wszystkim co było pod ręką. W trakcie budowy utwierdziłem się w przekonaniu, że ścisków stolarskich i pędzelków nigdy za wiele. Najlepiej od razu kupić paczkę 100 pędzelków, będzie miał człowiek spokój na miesiąc…

I tak skleiliśmy pokład, wzdłużniki i płaty poszycia w elementy długości około 7 metrów. Teraz można składać. Do składania przydaje się „trzecia ręka”, a najlepiej dwie trzecie ręce. Niektóre elementy trzeba złożyć naraz, tak aby zazębiły się odpowiednio. Montaż kratownicy kosztował nas dzień pracy bez niespodzianek. Kilka dni zajęło nam sklejenie szkieletu, najpierw malowanie, następnie nakładanie spoin pachwinowych. Ten etap wspominam bardzo miło, łódka pojawiała się w oczach, z dnia na dzień przybywało sklejonych wzdłużników i grodzi. Elementy łączone z mniejszych kawałków na połączeniach zostały wzmocnione warstwą laminatu szklanego. Ten etap budowy charakteryzował się zużyciem ogromnej ilości pędzelków i pojemniczków na żywicę.

Kolejnym etapem był montaż i przyklejenie poszycia. Połacie poszycia kadłuba były ustalane w odpowiednim położeniu za pomocą wystających ze szkieletu uszu oraz otworów w poszyciu. Docisk wywierany był poprzez kliny, dobijane w otworach uszu. Błędem okazało się zbyt silne dociąganie „klinów” oraz zbyt ciasne przygotowanie otworów. Milimetr więcej luzu i było by prościej… Gdy wszystkie sześć połaci kadłuba znalazło się na swoim miejscu przyszedł czas na laminowanie kadłuba. Rozpoczęliśmy od wzmocnienia połączeń taśmą szklaną szerokości 10 cm. Następnie cały kadłub został pokryty dwoma warstwami zbrojenia szklanego. Wszystko laminowane oczywiście żywicą epoksydową.

Następnym etapem było szpachlowanie kadłuba do zadowalającej gładzi, lecz jak wiadomo pojęcie „zadowalająca” jest bardzo szerokie. Budowie naturalnie towarzyszyli stali widzowie, jeden w postaci mojego ojca, który był obecny codziennie oraz inni, którzy wpadali sporadycznie. Przyszedł moment, gdy wszyscy przychodzili i mówili ze już super gładkie, a ja dalej swoje. Żywica + mikrobalon i kolejna rundka wokół łodzi. Ostatecznie, gdy moje pozytywne odczucia osiągnęły zadowalający poziom odwróciliśmy łódź dnem do dołu. Przyszła kolej na: wklejenie drugiej warstwy pokładu/podłogi dzięki, czemu łódź ma 11 szczelnych komór wypornościowych i żebra wzmacniające poszycie kabiny dziobowej i rufowej. Razem z poszyciem zamontowaliśmy ściany frontowe kabin na dziobie i rufie. Pozostało nam zmontowanie półpokładów oraz wzmocnienie krawędzi sklejek.

Po tych zabiegach przystąpiliśmy do laminowania i szpachlowania całości. Łatwość szpachlowania i szlifowania powierzchni płaskich przypłaciliśmy godzinami spędzonymi nad wykańczaniem zakamarków. Po wielu dniach osiągnęliśmy etap gładzi absolutnej – a do wodowania zostały dwa tygodnie. Przyszedł czas na kilkudniowy pobyt w lakierni. Kwestie malowania pozostawiłem mojej rodzinie, swoją role ograniczyłem do zaopatrzenia lakierni w niezbędne podkłady, lakiery i materiały. Koncepcja malowania ewoluowała i ostatecznie stanęło na dwóch kolorach głównych w postaci białego i czerwonego oraz granatowych dodatków.

Powrót z lakierni oznacza jedno- pozostało dziesięć dni do wodowania. Liczby  zaczęły pulsować w mojej głowie. Większość elementów robiono na zamówienie i oczywiście były na ostatnią chwilę. Jeszcze w poniedziałek wieczorem przed wtorkowym wodowaniem odbierałem ostatnie detale z pociągu relacji (o ironio) Łódź Fabryczna – Warszawa. Ostatnie doby do wodowania upłynęły pod znakiem organizowania wszelkiej maści śrubek i akcesoriów w ciągu dnia oraz ich montowania do późnych godzin nocnych. Ostatecznie łódź podczas wodowania była gotowa w 99,9%, brakowało dosłownie kilku szczegółów i do tej pory przypominam sobie, że gdybym nie poddał się nerwowej atmosferze i z trzęsących mi się rąk nie wypadały by na zmianę śrubokręt i kombinerki wszystko było by gotowe na czas.

Każdy etap budowy Rowingera wiązał się z masą przemyśleń i wniosków. Jeden przyćmił inne po stokroć. Miejsce budowy! Już teraz wiem, że następnym razem konieczne będzie znalezienie pomieszczenia na tyle „zacisznego”, by warunki pogodowe miały znikomy wpływ na przebieg budowy. Mogliśmy pracować nad tym projektem dwa lub trzy tygodnie krócej. Niestety fale zimna,  które nawiedzały Polskę w czasie naszej budowy utrudniały znacznie prace w pierwszej fazie. Z drugiej strony, bez ogromnej determinacji, presji czasu i otoczenia ten projekt mógłby trwać dwa może trzy tygodnie dłużej. Sukces tej budowy to składowa wszystkich małych i dużych kroków w dobrym kierunku.

Tags: budowa jachtu, jachty drewniane, łódź wiosłowa, Rowinger 21

Category: Cała naprzód, Spis treści, Technika

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates