sztormowy rejs WOODKI

| 23/12/2003 | 0 Komentarzy

Autor: Dagmara Budnik

Siedzę w ciepłym domu. Za oknem chmury, mgła, ciemno o godzinie 15.30 – wspominam czas na WOODCE II.

Zlecenie z klubu. Trzeba sprowadzić łódkę ze Szwecji. Była tam w czarterze przez cały sezon. Ktoś musiał ją sprowadzić i tym kimś byliśmy my, czyli Tomek – nasz kapitan, Kuba i ja, najmniej doświadczona z załogi. Trzy osoby to trochę mało, ale co tam…
Trochę obawiałam się tego rejsu. Jak prawdziwa kobieta – chcę, ale się boję. Tak naprawdę, wiedzieliśmy, że prognozy są takie sobie. Kiedy płynęliśmy promem, wiało już 8º B. Kiedy siedzieliśmy na sali w fotelach lotniczych i beztrosko oglądaliśmy film, podszedł do nas pan z plikiem papierowych torebek do wiadomych celów. Wybuchnęliśmy śmiechem. Grzecznie wytłumaczyliśmy panu, że następnego dnia będziemy wracać łódką kilkadziesiąt razy mniejszą od tego promu. Nie wiem, czy uwierzył, ale miło się do nas uśmiechnął.

Nad ranem byliśmy na miejscu. Piękna pogoda, cudne wysepki, wiatr, łódki – raj na ziemi i idealne miejsce na żeglowanie. Kiedy przybiliśmy, czekała nas odprawa. Tomek musiał długo tłumaczyć, że będziemy wracać łódką, która stoi w marinie. Co gorsza, tłumaczka miała straszny problem z przetłumaczeniem Jachtklub Marynarki Wojennej. W marinie czekała na nas załoga zdająca jacht. Musieliśmy trochę popracować przy łódce i niestety nie udało nam się wypłynąć tego samego dnia. Trochę pochodziliśmy po wyludnionym w niedzielne popołudnie Nynashamn.

Mieliśmy mało czasu, co uniemożliwiło nam popłynięcie w górę i pozwiedzanie szkierów czy Sztokholmu. Ruszyliśmy w drogę powrotną. Prognozy informowały o silnych wiatrach. Ruszyliśmy bezpośrednio do Visby. Dotarcie tam zajęło nam 20 godzin. Cumowaliśmy nad ranem. Wszyscy byliśmy zmęczeni. Mimo że od razu po wachcie kładliśmy się spać, to jednak żegluga dała nam się we znaki.

Chwile spokoju pod Gotlandią

Chwile spokoju pod Gotlandią

W Visby postanowiliśmy się wyspać, a później zobaczyć, czy wypłyniemy jeszcze tego samego dnia, czy następnego. Nie mieliśmy jeszcze prognozy pogody. Tego dnia do Visby przypłynęły jeszcze 4 polskie łódki. Nie był to przypadek. Następnego dnia miało wiać z prędkością 40 m/s. Tymczasem my na rano mieliśmy zamówioną odprawę. Rozwiało się w nocy. Chłopcy założyli podwójne cumy. Rano było wiadomo, że tego dnia też nie wypłyniemy. Fale rozbijały się o falochron, wiało tak, że prawie nie dało się iść. Kolejny dzień w porcie. Cieszyłam się, że nie jesteśmy na wodzie. Nawet nie myślałam wtedy, że będziemy płynąć w jeszcze gorszych warunkach.

Następnego dnia miało trochę zelżeć. Musieliśmy ruszać. Inne polskie jachty wypłynęły w nocy. Tego dnia wyruszały z nami dwie inne łódki, każda inaczej zarefowana: jedna na samej genule, druga na zarefowanym grocie, a my na obu zarefowanych żaglach. Fale były takie, że tylko jak byliśmy na ich szczycie, mogliśmy te jachty widzieć. Na początku  halsówka – niewiele przepłynęliśmy w ciągu kolejnych paru godzin. Potem zdechło w ogóle i kawałek płynęliśmy na silniku. W nocy natomiast było już tak zimno, że dało się odczuć, że zmienia się pora roku. Kiedy wychodziłam na wachtę, pogoda znowu się zmieniała. Chłopcy mówili, że przez jakiś czas płynęli na gwiazdy, bo było bezchmurne niebo. Jak ja wchodziłam, pojawiły się chmury i zaczęło nieźle wiać.

Nasz rejs był bardzo sztormowy

Nasz rejs był bardzo sztormowy

Wachty mieliśmy jednoosobowe, po dwie godziny. Przez ten czas prowadziło się jacht praktycznie samemu. Wiedziałam jednak, że mogę w każdej chwili niepewności poprosić chłopców o pomoc, a oni zaraz będą na pokładzie. Podczas samotnej wachty różne rzeczy przychodzą do głowy. Przyznaję, początkowo myślałam o czekających mnie po powrocie egzaminach, ale jak zaczęło faktycznie wiać to egzaminy nie były już ważne. Tylko płynięcie i dopłynięcie… A WOODKA dostawała w przysłowiowy tyłek. Najgorzej było jak fale biły z różnych stron jednocześnie. Ktoś powiedział kiedyś, że tylko głupi się nie boi. Wtedy faktycznie się bałam.

W nocy nic nie było już widać. Zacierała się granica woda-powietrze. Tylko czuło się, jak wchodziliśmy na falę i jak z niej schodziliśmy. Płynęło się już raczej instynktownie. Zarefowani maksymalnie. Jeśli było widać jakieś statki, to tylko wtedy, gdy byliśmy na fali, potem wszystko znikało niby w jakiejś przepaści, czy studni. Zastanawialiśmy się tylko, czy te wielkie kolosy przepływające obok widzą nas, czy nie. Po BIESZCZADACH chyba każdy jest strasznie wyczulony. Płynąc do Szwecji, z promu widzieliśmy, że małe łódki są prawie niewidoczne. Mieliśmy tylko nadzieję, że radary tych statków działają. Później zobaczyliśmy, że pobiliśmy rekord: na GPS mieliśmy 10,6 węzła, co przy tej konstrukcji łódki było prawie niemożliwe. Na szczęście zepsuł się nam wiatromierz. Potem, gdy zrobiło się już jasno, Tomek stwierdził, że gdyby wiedział, że tak wiało (do 9 w skali Beauforta), zrzuciłby wszystkie żagle i płynął na samym takielunku.

Gdy zobaczyliśmy ląd, choć byliśmy na wysokości Rozewia, poczuliśmy się jak w domu. Pojawiło się pytanie, gdzie się zatrzymujemy: Władysławowo i rano ruszamy, czy ciągniemy do Helu do Morgana na piwo? Po usłyszeniu kolejnego ostrzeżenia o sztormie i zmianie kierunku wiatru stwierdziliśmy, że płyniemy do Helu. Wiatr, choć silny, wiał ze słusznego kierunku i mimo deszczu postanowiliśmy płynąć do Helu.

Hel niestety nie przywitał nas tak jak tego chcieliśmy. Po tak długim czasie na morzu marzył nam się zwykły prysznic. Niestety, nie znaleźliśmy go w porcie – wszystko pozamykane. Poszliśmy więc coś zjeść, zamówiliśmy upragnione piwa i prawie przy nich zasnęliśmy… Wyszło zmęczenie. Następnego dnia czekała nas Gdynia. Na koniec była halsówka, ale jakże to było przyjemne: słońce, nasza zatoka. Po przycumowaniu zobaczyliśmy ukochane twarze znajomych i rodziny – oni chyba czasem martwili się bardziej niż my.

Nareszscie w domu

Nareszscie w domu

Mimo że chyba każdy z nas zanucił w myślach „Już nie wrócę na morze…”, to już następnego dnia wszyscy znów siedzieliśmy na łódce.

fot. Dagmara Budnik

Tags: rejs

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates