Słonką Wartą i Odrą część 7

| 04/11/2012 | 0 Komentarzy

Autor: Piotr Jedroszkowiak

Dzień siódmy, 18 lipca 2009 – Warta 7

Nie wyspałem się. Pogoda była kiepska. Chmury wisiały nisko i miało się na deszcz. Na pokładzie wszystko było mokre. Było zimno i nieprzyjemnie. Wstałem po 06 00 i zrobiłem małe śniadanie. Grzałem się gorącą herbatą. Trochę przygotowań i dalej w drogę. Było zimno, wietrznie i mokro. Płynąłem w polarze, kurce przeciwdeszowej i kapoku. Wiatr silny – północny. Cały czas halsowałem, ale halsy były bardzo krótkie. Na rzece pojawiła się fala. Orałem Wartę jak oracz pole od brzegu do brzegu, a drogi nie ubywało. Zaczęło padać. To nic. Niebo zrobiło się czarne i czekałem na burzę. W Krzemowie schowałem się do zatoczki. Rzuciłem kotwicę, grot w dół, a ja do kabinki i wyczekiwałem burzy. Blisko rzeki przebiega droga i patrzyłem na samochody. Ruch mały. Leżałem na materacu i przez okienko obserwowałem wędkarzy na drugim brzegu. Nie zazdrościłem im siedzenia w deszczu. Kabinka mała, a czuje się komfortowo. Ciepło i wygodnie, za kołnierz nie kapie. Po półgodzinie popłynąłem dalej. Wszystko było mokre w kokpicie. Żagli nie stawiałem. Wiało cały czas mocno i w mordę. Płynęło się bardzo źle. Czułem, że stoję w miejscu. Znów cały czas na kolanach z pagajem w ręku. Cały czas musiałem kontrować kurs. Cały czas jacht chciał się ustawić dziobem do wiatru. Kiedy dziób ustawiał się na wiatr, prąd porywał łódkę i PASAT stawał się bezwładną masą, pływającą prawie jak rzucona do wody butelka. Bardzo trudno było przejść linię wiatru pagajując. Zrzucony fok bardzo hamuje, kiedy chcę zrobić zwrot na pagaju. Łódka prawie nie słucha steru i cały czas płynie na wiatr. Mimo, że bez żagli to nie płynąłem prosto. Wiatr czyhał na mój błąd i od razu chciał ustawić kadłub bokiem do wiatru. Płynąłem wolno walcząc cały czas z wiatrem i prądem. Wektor sił układał się bardzo niekorzystnie dla mnie. Cały czas musiałem z całej siły pagajować, kontrując kolanem rumpel. Czułem się jak galernik. Padał deszcz i byłem ubrany grubo. Pociłem się bardzo. W sumie mógłbym płynąć bez polara. Kilometry rzeki mijały bardzo wolno. Dziś nie jest mój dzień. W końcu za zakrętem rzeki zobaczyłem most w Świerkocinie.

Most w Świerkocinie

Musiałem położyć maszt. Procedura kładzenia masztu staje się coraz trudniejsza – cęgi trzymające stopę masztu rozginają się coraz bardziej i maszt odchyla się od osi o jakieś 30°, co bardzo przechyla jacht i zmienia jego kurs, mimo blokady steru. Zrobiłem parę zdjęć mostu w Świerkocinie i przez ten moment wiatr zmienił kurs PASATA – włączyłem „full ahead” pagajem, żeby nie uderzyć w filar. W końcu spocony minąłem most i skręciłem na prawy brzeg. Wiatr i prąd spowodowały, że nie przybiłem tam, gdzie pierwotnie zamierzałem, a 20 metrów dalej. Musiałem się napagajować, żeby dobić do brzegu. PASATA zacumowałem do płotu o 13 40. Byłem na prywatnym terenie, gdzie obserwatorami moich nautycznych poczynań były krowa i konie. Widocznie im się nie podobały, gdyż oddaliły się w swoim kierunku. Dobrze, że zobaczyłem babcię i poszedłem się zapytać, czy mogę tu trochę pobyć. Babcia nie miała przeciwwskazań i jeszcze mi naładowała komórkę. Brzeg wygodny do cumowania – dziób dochodzi do samego brzegu i nie trzeba brodzić w wodzie. Babcia ma podwórko ogromne – dom stoi jakieś 100 metrów od brzegu, może więcej. Trochę porozmawiałem z babcią, przekrzykując ujadającego psa. Telefon się ładował, a ja w planie miałem zwiedzanie safari w Świerkocinie. Po drodze nawiedziłem sklep, gdzie kupiłem trochę wiktuałów. Niestety panna w sklepie powiedziała, że nie ma stempla, żeby przybić do książeczki. Po oczach widziałem, że ma stempel, ale nie chce stemplować obcemu jakieś tam książeczki. Poszedłem poboczem drogi do safari. Jest położone trochę za wioską – jakieś 2 km. Zajmuje olbrzymi obszar, ale nie zwiedziłem go, gdyż nie miałem samochodu. Bilet wstępu kosztuje 30 złotych. Ludzi pełno. Wróciłem do babci. Po drodze zrobiłem parę zdjęć Warty z mostu. Z tej perspektywy PASAT wydaje się całkiem małą łódeczką.

PASATA prawie nie widać

Według przewodnika na prawym brzegu bezpośrednio za mostem znajduje się miejsce biwakowe. Niestety w tej chwili jest to plac budowy. Wziąłem od babci trochę sznurka i zrefowałem grota. Chęci było we mnie mało, ale ruszyłem dalej w drogę. Wiatr cały czas zachodni i musiałem halsować. Płynęło się monotonnie od prawego do lewego brzegu. Pogoda parszywa. Płynąłem w kapoku. Żartów nie ma. Jestem zdany tylko na siebie. W Kłopotowie prom mijałem o 18 00. Cały czas siąpił deszcz. Za Kłopotowem zaczęły się tereny Parku Narodowego „Ujścia Warty”. Planując spływ, chciałem poświęcić dzień lub dwa na zwiedzanie i penetrację okolic rzeki. Brzegi Warty zrobiły się dzikie. Z jednej strony pojawiali się jeszcze wędkarze, a po lewej stronie tylko trzciny i gdzie niegdzie samotne drzewa. W końcu na lewym brzegu znalazłem dogodne miejsce do przybicia. O 19 00 zacumowałem do drzewa. Trochę czasu zleciało na odpowiednie ułozenie PASATA względem brzegu i nurtu rzeki, żeby miecz i płetwa sterowa nie uderzały o kamieniste dno. Czułem się jak na dzikim zachodzie, wokół pustka, tylko wielkie stada bydła mięsnego wypasała się na nadbrzeżnych pastwiskach. Prócz bydła było wiele koni, które z zainteresowaniem mi się przeglądały, kiedy kolo nich przepływałem. Konie jednak były cicho, a krowy ryczały strasznie złe na kąsające je owady.

Dzisiaj wcześnie zakończyłem etap. Czułem jednak zmęczenie i zniechęcenie wędrówką w deszczu i przeciwnym wietrze. Brzegi monotonne – trzcina i poobgryzane przez bobry wierzby. W ramach bezpieczeństwa przybiłem do brzegu, gdzie były drzewa, ale nie te najwyższe w okolicy. Czułem się dobrze w tym miejscu. Szukałem trochę chrząszczy na wierzbach, ale wszystko było mokre i dałem sobie spokój. Widziałem tylko dużo otworów wylotowych na suchych gałązkach. Brzegi wydeptane przez bydło, wszędzie ślady racic, a na drzewach do wysokości 1,5 m wszystko zjedzone. Szkoda, że dzisiaj przepłynąłem tylko 33 km – do 19 kilometra rzeki. Miałem trochę czasu na odpoczynek. Kolacja i herbata. Dziś był bardzo męczący dzień. Herbata pomogła i spałem wyśmienicie. Chciałem trochę czytać, ale kiedy położyłem się do ciepłego śpiwora, poczułem jak oczy mi się kleją. Wieczorem kiedy już zacumowałem, usłyszałem silnik i po jakimś czasie minął mnie jacht płynący w kierunku Gorzowa. Pierwszy jacht spotkany na Warcie! Co prawda płynął na silniku z położonym masztem, ale zawsze coś. Jednak i jachty pływają Wartą.

Tags: rejs

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates