Słonką Wartą i Odrą część 2

| 07/10/2012 | 0 Komentarzy

Autor: Piotr Jedroszkowiak

Dzień drugi, 13 lipiec 2009 – Warta

Nie wstałem tak wcześnie jak zamierzałem – o 06 00 padał deszcz i wolałem sobie jeszcze podrzemać, szczególnie, że na materacu leżało się wygodnie. Miałem absurdalne sny o potwornych powodziach, gdzie woda jak fala tsunami przedziera się przez góry i niszczy wszystko na swej drodze. Był to tak bardzo realny sen, że w momencie, kiedy monstrualne fale otoczyły mnie – obudziłem się. Była 08 00. Śniadanie przygotowałem na brzegu. Głównie pomidory i ser. Trochę pochodziłem po łąkach przybrzeżnych. Trochę dębów tutaj rosło. Jednak nic nie znalazłem, prócz śmieci. Okolice przyjemne. Nad brzegiem rzeki spokojnie można biwakować bez obawy, że ktoś zakłóci spokój (prócz wędkarzy). Skręciłem gaźnik Saluta, z nadzieją, że będzie działał. Niestety – płonne nadzieje…

Pierwszy nocleg za przytulną ostrogą

Przestało padać, a właściwie kropić. Zapakowałem się i w drogę. Ruszyłem o 09 30, czyli niezbyt wcześnie. Będąc już w nurcie wypróbowałem patent do kładzenia masztu. Ciągnąc tylko linę przechodzącą przez bloczek na sztagowniku i połączoną ze sztagiem nie podniosę masztu z kokpitu. Muszę iść na dziób i podnosić maszt jedną ręką, a drugą ciągnąć linę. Kiedy maszt stoi, stopą blokuję linę i ciągnąc za sztag mocuję go szeklą do sztagownika. Następnie wpinam foka. Trochę czasu ta operacja zajmuje i oczywiście PASAT od razu schodzi z kursu. Kiedy ster jest zablokowany czasu jest trochę więcej.

Niebo było zachmurzone, ale chwilami prześwitywało słońce. Wiało, ale w mordę. Musiałem halsować cały czas. Na początku tylko na grocie, później wpiąłem foka. Trochę czasu mi to zajęło i przez ten czas rzeka mnie przetargała od brzegu do brzegu – niekiedy rufą do przodu. Nie mając sterowności, kiedy się wpadnie w przybrzeżny wir, kadłub od razu zaczyna się kręcić i zwykle rufa znajduje się z przodu. Co chwilę musiałem biec z dziobu do steru, kontrować wiosłem kurs, żeby dziób był z przodu. Wiatr plus prąd wyczyniają cuda z łódką bez napędu. W końcu dopłynąłem do Radzewic i zakrętu Warty opisanego przez Fiedlera. Nie był tak wielki i tak groźny jak opisany w książce – no, ale może przez lata się zmniejszył, a może autor dodał trochę od siebie w opisie tego miejsca. Miejsce jest jednak ciekawe, ze starorzeczem i polem biwakowym. Akurat słońce świeciło na bezchmurnym niebie i może dlatego tak mi się tu spodobało. Żałowałem nawet, że nie wpłynąłem w to starorzecze sprawdzić jakie są tam warunki. W Baranowie zobaczyłem bazę barek. Ciekawe czy jeszcze wypłyną na trasę. Chwilami wiatr był mocny i bardzo mnie kładło. Halsowałem cały czas. Orałem rzekę niczym rolnik. Postanowiłem zrobić krótką sjestę i wypić południową kawę. W Rogalinku zobaczyłem piaszczysty brzeg i przybiłem do niego.

Przerwa na kawę

Dobijanie do brzegu pod prąd, kiedy nie wieje wiatr jest niewykonalne – dobrze, że wiało i trochę udało mi się przepłynąć pod prąd. Trochę odpocząłem, pijąc kawę i jedząc czekoladę. Pochodziłem trochę po przybrzeżnych łąkach szukając chrząszczy na wierzbach. Oczywiście nic nie znalazłem. Walczyłem trochę z Salutem, ale oczywiście nie zapalił. Trzeba płynąć na żaglach mimo, że wiatr nadal przeciwny. Po prawej stronie minąłem harcerską stanicę imienia JP2, po lewej stronie przystań prywatna. Przede mną pierwszy mały sprawdzian – przepłynięcie pod pierwszym mostem na szlaku. Było to trochę stresujące. Z pokładu nie widziałem czy prześwit jest na tyle duży, by maszt nie zahaczył o przęsło.

Pierwszy most – pierwszy stres

Udało się. Kamień spadł mi z serca. Teraz już wiedząc jaki jest prześwit w Rogalinku i mając listę wszystkich mostów wiedziałem, gdzie muszę położyć maszt. Wiatr trochę przybrał na sile i halsowałem od brzegu do brzegu. Stresujące było jeszcze przepłynięcie pod wiszącymi drutami energetycznymi. Miło się płynęło przez Puszczykowo – wiatr przewiał chmury i zrobiło się słonecznie. W sobotę jechałem brzegiem rowerem i patrząc na rzekę myślałem czy ten moment nastąpi, a dziś patrzę od strony wody na drzewo, o które oparłem rower robiąc zdjęcia rzeki. Teraz jest lepiej, gdyż wszyscy napotkani ludzie odpoczywający na brzegu mi machają i pozdrawiają, a kiedy jechałem rowerem nikt na mnie uwagi nie zwrócił. Dużo jest na brzegu piaszczystych plaż, gdzie odpoczywają ludzie. Z lądu tego nie widać. Praktycznie co paręnaście metrów ktoś był na brzegu – głównie wędkarze, ale nie tylko. Zrobiło się gorąco i czuję, że słońce mnie trochę przypiekło.

Warta w Puszczykowie

Przez Czapury przepłynąłem spokojnie. Zadzwoniłem do domu, że nie zahaczyłem o mieliznę mieczem i płynę dalej. Na brzegach widać dużo śmieci i różnych obozowisk czy to wędkarzy czy młodzieży. Ogólnie rzuca się w oczy bałagan. Wpłynąłem do Lubonia. Po lewej stronie straszą zakłady nawozowe z nieużytkowanym nabrzeżem dla barek. Krajobraz iście marsjański. Po prawej stronie chaszcze jak w dżungli i mnóstwo wędkarzy. W tunelu nabrzeżnych drzew wpłynąłem do Poznania. Minąłem most autostradowy, potem tajemniczy żółty budynek na lewym brzegu i znalazłem się na Starołęce. Z wody wygląda chwilami jak wieś – ogródki warzywne, suszące się pranie na sznurach, pełno kur i kaczek. Wędkarze byli wszędzie.

Most kolejowy na Starołęce

Minąłem most kolejowy. Ciekawie wyglądał z wody. Nawet nabrzeżni pijacy mnie pozdrawiali, pytając: „Gdzie masz kobietę?”. Kiedy minąłem most na Hetmańskiej, oba brzegi rzeki zaludniły się spacerowiczami, rowerzystami, psiarzami, a na rzece pojawiły się kajaki i kanadyjki. Niestety wiatr zdechł i musiałem pagajować, co nie było zbyt przyjemne, gdyż kajakarze mnie wyprzedzali w szybkim tempie.

Centrum Poznania

Później położyłem maszt i na wiosłach popłynąłem pod mostem Bolesława Chrobrego i kolejowym na Garbarach. Dawny port rzeczny w Poznaniu wygląda jak trup. Jego świetność dawno minęła i dziś tylko wzmocnione nabrzeże przypomina, że w tym miejscu dziesiątki lat temu tętniło życie. Ciekawie wygląda Poznań z tej perspektywy. Szkoda, że miasto nie jest zwrócone ku rzece. Pierwszy raz widziałem resztki tamy fortecznej z poziomu wody. Minąłem zakotwiczoną barkę na wysokości nadzoru wodnego. Naprawdę ciekawie wyglądają te okolice z wody. Dzikość w centrum miasta. Szkoda, że nie penetrowałem nabrzeżnych okolic wiosną. Powoli dzień się kończy. Gorączka minęła. W tunelu drzew na rzece panował półmrok. Minąłem most kolejowy w Kozichgłowach. Ludzie na brzegu pytali się „ile kosztuje taka łódź i dokąd płynę?” Młodzieżówce na brzegu nie spodobałem się, gdyż niepochlebnie się o mnie wyrażali pijąc wino i coś paląc. Po chwili minąłem rury, którymi spływają wody z oczyszczalni do rzeki. Generalnie wpływająca ciecz nie przypominała wody – była brunatna o bardzo charakterystycznym zapachu i bardzo się pieniła. Przy samym zrzucie wód było widać bardzo wyraźnie dwa nurty- rzeki i oczyszczalni. Piany było wszędzie pełno. Zacząłem powoli szukać miejsca na nocleg, lecz z dala od tych zapachów. Zrobiło się już szaro. Niestety do mariny w Czerwonaku nie udało mi się dopłynąć – prąd był za silny i przy brzegu znalazłem się grubo za mariną. Szkoda, ale z drugiej strony nie byłbym sam, gdyż wiele osób robiło grilla i biwakowało przy ognisku. Robiło się już ciemno i jakoś miejsca na nocleg nie widziałem. Jeśli jakieś miejsce mi się spodobało, to po zbliżeniu się do niego zauważam wędki. W pewnym momencie miałem trochę pecha, gdyż dwóch gówniarzy pijących na brzegu rzuciło we mnie butelkami od wina i piwa. Dwie trafiły w PASATA – jedna w burtę, druga rozbiła się w kokpicie. Strasznie mnie przy okazji sklęli – nie wiem dlaczego od pedałów. Bardzo mnie wkur(…), najchętniej bym ich zabił. Długo nad tym myślałem. Przecież gdybym dostał w głowę, to by mnie zabili. Postanowiłem płynąć dalej i znaleźć ustronne miejsce za miastem. W końcu znalazłem ustronną, dziką zatoczkę pełną komarów. Walczyłem trochę, żeby pokonać prąd rzeki i przebić się na spokojniejszą wodę. Rzuciłem kotwicę. Żagle w dół. Na dziś fajrant. Minęła 22 00 – w końcu odpoczynek. Komarów mrowie. Okna są oblepione krwiożerczymi bestiami. Poczułem zmęczenie. Wykąpałem się w szklance wody za pomocą pieluchy i poczułem się o niebo lepiej. Leżałem i wypoczywałem, słuchając radia. Nawet głodu nie czułem. Zrobiłem sobie herbatę z rumem i poczułem błogostan… Dziś był długi dzień. Pierwszy spędzony od świtu do zmierzchu na wodzie i PASACIE. Przepłynąłem 49 km w ciągu 12 godzin. Poznaję rzekę. Pierwsze duże miasto minąłem na swojej drodze. Cieszę się, że mogę sobie beztrosko leżeć na materacu w kabince, słuchać radia i odpoczywać. Na zewnątrz życie się toczy, żaby rechoczą, ryby się rzucają w wodzie, komary brzęczą, a ja sobie leżę i nie myślę o tym wszystkim. Powoli czuję się częścią przyrody i obecność ludzi mi przeszkadza. Chciałem poczytać wieczorem książkę, ale jestem zbyt zmęczony. W kabinie jest bardzo ciepło – pod śpiworem za gorąco. Jutro czeka mnie kolejny dzień. Oby pomyślny. Najważniejsze, że PASAT się dobrze sprawdza na wodzie. Jestem z niego zadowolony; z przeróbek, które zrobiłem także. Łódka przeżywa drugą młodość…

Tags: rejs

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates