Słonką Wartą i Odrą część 10

| 21/11/2012 | 2 Komentarzy

Autor: Piotr Jedroszkowiak

Dzień dziesiąty, 21 lipca 2009 – Odra- jezioro Dąbie

Na dziś mam ambitny plan do zrealizowania, więc wstałem wcześnie. Chciałem wstać o 05 00, ale nie dałem rady i wstałem o 06 00. Szybkie przygotowanie do dalszej drogi i bez śniadania o 06 30 odbiłem od brzegu. Od rana pogoda przyjemna – ciepło, wiatr lekki, niebo prawie bezchmurne.

Spokój poranka

Fajnie jest wystartować wcześnie rano, kiedy wszędzie wokół jest cicho i spokojnie. Wiało słabo, w końcu wiatr był WS, WSS i płynąłem fordewindem. Średnia prędkość oscylowała między 5-6 km/h. Po 07 00 minęła mnie pierwsza barka. Port macierzysty – Bydgoszcz. Znów zacząłem myśleć o kolejnej wyprawie wokół Wielkopolski. Muszę mieć jednak sprawny silnik. Kiedy barka była za mną jakieś 500 metrów, oczywiście uciekłem z farwateru i płynąłem bliżej brzegu. Cały czas sobie powtarzam w myślach, że jestem tak mały, że muszę płynąć bezkolizyjnie prawie niewidocznie, żeby nikt z mojego powodu nie musiał wykonywać gwałtownych manewrów. Płynąłem sobie spokojnie, cały czas jednym halsem, pozdrawiając machnięciem ręki nabrzeżnych wędkarzy. Brzegi były kamieniste i nie zachęcały do przybijania. W jednym miejscu zobaczyłem zacumowaną starodawną łódź wiosłową, o której słyszałem w Kostrzynie. Nikogo jednak z załogi nie zauważyłem. Może jeszcze spali. Po 08 00 pojawił się przede mną pierwszy dzisiaj most- w Krajniku Dolnym.

Most w Krajniku

Procedurę kładzenia masztu wykonałem kilometr przed mostem. Wszystkie ruchy przy kładzeniu wykonuje już mechaniczne i zajmuje mi to już bardzo mało czasu – góra 2 minuty, łącznie z blokowaniem ruchów poziomych masztu. Na przyszły sezon muszę zrobić specjalny krzyżak z listew, blokowany w kokpicie, na który będę opuszczał maszt. Pod mostem przepływałem o 08 40. Szybko postawiłem maszt i znów PASAT stał się żaglówką. Płynąłem spokojnie naprzód. Pozdrawiałem wędkarzy na brzegach i przegryzałem mieszankę studencką. Fajnie się płynęło – wody dużo, lekki wiatr pchał PASATA do przodu. Na prawym brzegu zobaczyłem parę tablic informacyjnych dla turystów i zarośnięte ujście jakieś rzeczki. O 09 30 dopłynąłem do Ognicy. Spodobało mi się tutaj. Akurat nabrzeże było pielęgnowane przez ekipę remontową, ale port wydaje się mało używany. Fajne miejsce do zatrzymania. Wydaje mi się, że pijaczków okolicznych zjawiło by się wielu – w krótkim czasie po przybiciu do kei. Taki klimat i okolica. Zrobił się trochę ruch na rzece i co paręnaście minut mijały mnie jachty lub motorówki. Cały czas starałem się trzymać blisko brzegu. Po 10 15 minąłem Widuchową. Kolejne miasteczko, w którym jest port i przystań dla żeglarzy. Stanica była ogrodzona, trawa skoszona; toy-toye czekały na gości.

Widuchowa wita żeglarzy

Bardzo mi się tutaj spodobało. Szkoda, że wczoraj tutaj nie dopłynąłem. Wydaje mi się, że takie miasteczka mogą liczyć tylko na turystów wodnych. Od lądu mało kto tutaj przyjeżdża, żeby odpocząć. Chyba, że rowerzyści jadący dookoła Polski. W końcu płynąłem w odcinek Odry, który mam na mapie kupionej w czerwcu w Szczecinie, kiedy odwoziłem „Aliena”. Zakup przewodnika po Międzyodrzu nie poszedł na marne. Mapa bardzo dokładna i cały czas wiem, w którym jestem miejscu, co jest koło mnie trochę dalej niż wzrok sięga. Patrzę na mapę i koło mnie są same ciekawostki przyrodnicze. Wystarczy wpłynąć poza zardzewiałe wrota śluzy i rozpościera się dziki teren Międzyodrza. Z rzeki widać tylko trzciny i kikuty drzew oraz szczyty wież kościołów po niemieckiej stronie. Za Widuchową znajduje się rozwidlenie Odry na wschodnią i zachodnią. Odra Wschodnia zablokowana tamą. Znów znalazłem się na polskich wodach terytorialnych. Akurat mijały mnie 3 jachty niemieckie i barka. Jachty nie chciały ustąpić pierwszeństwa drogi i barkowy głośno na nich trąbił. Ja jak zwykle blisko brzegu. Płynąłem poza czerwoną boją wyznaczającą skraj farwateru. Oczywiście pełnym impetem wpadłem na świeżo wyremontowaną ostrogę. W ostatniej chwili zobaczyłem jak czeka na mnie płytko pod wodą, ale nie było już szans na żaden manewr. Znów miecz i kadłub pokiereszowany przez kamienie, a wody było jakieś 30 cm. Znów ściąganie grota i walka pagajem. Miecz strasznie obijał się o dno. Trudno się pagajowało wzdłuż ostrogi, gdyż prąd cały czas znosił mnie na kamienie i co chwilę haczyłem mieczem albo płetwą sterową. Naprawdę ciężkie spotkanie z mielizną. Zły byłem na siebie, bo widziałem znaki ostrzegawcze i boje szlakowe, a jednak popłynąłem prosto na kamienie. Za bardzo ufałem małemu zanurzeniu PASATA. W sumie walka z ostrogą trwała jakieś 10 minut. Kiedy się uwolniłem, płynąłem już między bojami. Co chwilę mijały mnie barki lub jachty. Ruch się zrobił na rzece, ale już nie uciekałem w trzciny. W sumie płynąłem pod żaglami i to ja miałem prawo drogi. Krajobraz zrobił się monotonny – z prawej strony trzciny i brzeg, z lewej strony trzciny i rozlewiska Międzyodrza. Co parę kilometrów mijałem na lewym brzegu stare śluzy, będące wrotami na dzikie wody Międzyodrza. Dobrze, że wiał cały czas wiatr S i płynąłem jednym halsem. Wypatrywałem jakiś barek czy nabrzeża w Marwicach, gdzie jest zimowisko barek, ale nic nie widziałem. Minąłem rybaków ustawiających sieci i pomachaliśmy sobie… Pies na dziobie łodzi głośno na mnie szczekał. Duże wrażenie robi elektrociepłownia w Krajniku.

Elektrociepłownia w Krajniku

Wysokie kominy widoczne są z daleka. Po prawej stronie miałem cały czas tereny elektrowni, minąłem kanał ujęcia wody chłodzącej, a po godzinie minąłem kanał ujścia wody ciepłej. Przed 13 00 dopłynąłem do Gryfina. Jakieś pół kilometra od mostu zrzuciłem żagle i położyłem maszt. Pagajując wróciłem na drogę wodną.

Most w Gryfinie

W tym czasie mijała mnie jednostka Straży Granicznej. Musiałem wyglądać nieszczególnie, bo zwolnili przypłynęli do mnie i zapytali się czy coś mi się stało – czy masz mi się złamał, czy potrzebuję pomocy. Odpowiedziałem, że wszystko jest OK, a maszt musiałem położyć, bo nie zmieściłbym się pod mostem. Spytałem o wysokości mostów przed Szczecinem. Przestrzegli mnie przed mostem kolejowym – prześwit 2,66 m. Trochę nisko, ale będę się nim martwił, kiedy do niego dopłynę. Porozmawialiśmy jeszcze z minutę i popłynęli dalej. Dodali gazu i zniknęli za zakrętem, pozostawiając za sobą tylko falę. Trochę się poczułem bezpieczniej, kiedy służby wodne przejmują się takimi malutkimi jak ja. Do mostu musiałem pagajować, żeby utrzymać kurs naprzód. Przyjemnie mi się zrobiło, kiedy wędkarz z motorówki zacumowanej przy brzegu zawołał do mnie: „Ahoj Pasat! Wszystkiego dobrego!”. Za mostem akcja stawiania masztu. Coraz trudniej stawia się maszt na fali, kiedy wieje wiatr. Dodatkowym utrudnieniem była fala boczna, którą zrobiła przepływająca motorówka. Maszt chwiał się na prawo i lewo, zanim go nie przyszeklowałem do sztagownika. Dobrze, że miałem wiatr w plecy – fordewind lub baksztag. Płynąłem cały czas prawym skrajem farwateru; mijały mnie motorówki i jachty. Nie było chwili, żebym nie widział przed sobą lub za mną jakieś łodzi na wodzie. Płynęło się bardzo przyjemnie. Wiatr mnie lekko pchał i droga szybko ubywała.

Przede mną pierwszy most Szczecina

W końcu zobaczyłem most autostradowy w Szczecinie. Z pewną dozą nieśmiałości pod nim przepływałem, ale zapytany wędkarz uspokoił mnie, że nad masztem mam jeszcze parę metrów przestrzeni do przęseł. Z poziomu kokpitu tego nie widać. Za mostem na obu brzegach trzciny. Cały czas mijają mnie motorówki i jachty. Dziwna zależność – na motorówkach przeważali grubi, a na jachtach normalni. Dlatego nie chcę motorówki. Wolno, ale z prądem i wiatrem posuwałem się cały czas naprzód. Podobała mi się Odra w tym miejscu – dużo bocznych kanałów gdzie można się trochę schować przed światem. Po prawej stronie mijałem Kanał Klucki. Fajnie by się nim płynęło, ale musiałem płynąć prosto. Po lewej stronie widziałem kanał Skośnicy. Zaczęła się Regalica – do centrum Szczecina coraz bliżej. Bardzo się cieszyłem, że udało mi się tutaj dopłynąć. Jestem w środku dużego miasta, a od strony wody w ogóle tego nie widać. Dzisiaj w końcu wiatr mi sprzyja i płynę żwawo. W końcu dopłynąłem do newralgicznego punktu na Regalicy – mostu kolejowego, przed którym przestrzegali mnie celnicy. Najniżej zawieszone przęsło mostu na mojej dotychczasowej drodze. Musiałem specjalnie przygotować PASATA do przepłynięcia pod tym mostem. Rzuciłem kotwicę i zabrałem się do pracy. Plan działań obmyśliłem już po drodze. Teraz tylko szybka realizacja. Odkręciłem śruby mocujące kabinę, wszystkie rzeczy włożyłem do forpiku. Kabinę przełożyłem na rufie – za knagi. Problem miałem z przestawianiem kabiny, żeby nie przycisnąć żadnej liny. Następnie położyłem maszt wprost na kabinę. Maszt leży prawie płasko. Po tej operacji PASAT wygląda jak pływający wrak po przejściach. Wyrwałem kotwicę z dna i znów kilkanaście sekund mi uciekło, gdy próbowałem wyrywać z niej zaczepioną żyłkę z haczykami. Próbowałem wiosłować, ale jest to bardzo trudne. Kokpit przy przesuniętej kabinie jest bardzo krótki i nie mogę się porządnie zaprzeć nogami, żeby pełną mocą wiosłować. Do mostu miałem jakieś 200 metrów, a byłem już bez sił, bo cały czas musiałem z mocno wiosłowaćn – a PASAT strasznie myszkował i schodził z kursu. Bałem się co będzie dalej, jeśli w takim tempie i w ten sposób będę płynął. W końcu uśmiechnęło się do mnie trochę szczęście. Przepływający koło mnie niemiecki jacht zwolnił i zapytali się czy potrzebuję pomocy. Powiedziałem, że rosyjski silnik nawalił i muszę wiosłować, żeby przepłynąć pod mostami. Zaproponowali mi hol do Dąbia, na co z radością przystałem. Linę zamocowałem do cęg, a koniec rzuciłem na jacht. Zaknagowali linę i zaczęła się jazda. Przyspieszyli i brzegi umykały. Bałem się, że cęgi nie wytrzymają i lina je wyrwie. Na szczęście PASAT jest opływowy i stawia mały opór. Płynęliśmy w szybkim tempie. Po drodze robiłem zdjęcia i kręciłem filmy. Newralgiczny fragment Odry pokonałem bezpiecznie na holu. Mijaliśmy nabrzeża portowe, warsztaty nabrzeżne, barki i mosty. Dzięki Niemcom zaoszczędziłem przeszło godzinę i pokonałem niebezpieczne dla PASATA centrum Szczecina. Zauważyłem, że w jeden most musiała uderzyć wysoka nadbudówka statku, gdyż część betonowych przęseł na środku drogi wodnej była zniszczona i obecnie remontowana. Na holu przepłynąłem jakieś 5 km. Niemcy zwolnili hol przy klubie Pogoni na Dębskiej Strudze.

Po miesiącu znów znalazłem się w klubie Pogoni. Tym razem od strony wody.

Pomachaliśmy sobie rękoma i zniknęli za innymi jachtami. Byłem wdzięczność za pomoc. Fajnie jest spotykać takich ludzi na swojej drodze. Na pagaju dobiłem do pomostu. Znów stałem przy nadbudówce statku. Nastąpiła chwila trochę symboliczna. Przypomniało mi się jak stałem tutaj w czerwcu, patrzyłem na szybki nurt rzeki i myślałem sobie o spływie PASATEM – czy dam sobie radę na tak wartkim prądzie, manewrując między barkami i statkami. Wtedy widząc ołowiane wody Odry i płynące statki wydawało mi się nieosiągalne. A jednak dopłynąłem tutaj. Pewien etap podróży się skończył, dokonał. Przede mną została duża woda – Jezioro Dąbie i Zatoka Szczecińska. Spotkanie z rzeką prawie zakończone. Na razie pogoda dopisuje i wieje umiarkowanie z pożądanego kierunku. Zacumowałem do kei w przystani Pogoni. Chwilę odpocząłem i zacząłem przywracać PASATA do normalności. Fatalnie wygląda z przesuniętą ku tyłowi kabiną. Niestety nie mogłem sam podnieść masztu. Zbyt duży kąt plus ciążący bom i zaczepiające się liny o rumpel i silnik. Traciłem siły walcząc z zablokowanym masztem na chybotliwym dziobie. Próbowałem 4 razy, biegając od dziobu do rufy, poprawiając topenantę lub szot. Podpieranie masztu wiosłem również nic nie dało. Opadłem z sił jak jętka. W końcu poprosiłem o pomoc chłopaków z katamaranu. Oczywiście pomogli i po 5 minutach maszt był postawiony i zablokowany sztagiem. Gorąco im podziękowałem. Fajna jest taka bezinteresowna pomoc. Życzyli mi jeszcze udanego rejsu do celu. Włożenie kabiny na swoje miejsce również zabrało mi trochę czasu, gdyż cały czas coś się klinowało, zaczepiało, albo haczyło. No, ale jak się robi, to się w końcu zrobi – w końcu PASATt był gotowy do dalszej drogi po szerokiej wodzie. Do Pogoni dopłynąłem o 16 20, a o 17 00 odbijałem od kei. Mało kto zwracał na mnie uwagę. Generalnie dużo jachtów stało przycumowanych do kei, ale widziało się mało ludzi. Może byli w środku lub poszli na miasto. Nie chciałem marnować wiatru i nie poszedłem już na obchód przystani. W tyle głowy miałem plan zjedzenia prawdziwego obiadu w tawernie, ale liczyłem minuty, a każda minuta zbliżała mnie do celu. Na wodzie mijałem wiele motorówek i jachtów tak, że cały czas musiałem trzymać bezpieczny dystans i uważnie manewrować. Na strudze przed wpłynięciem na Małe Dąbie przez chwilę wiatr zamarł. Otoczony byłem drzewami i one tłumiły wiatr. Musiałem trochę pagajować. W końcu wpłynąłem na większą wodę. W końcu zobaczyłem budynki i nabrzeże klubu AZS. Cieszyłem się bardzo, że znalazłem się tutaj dopływając PASATEM. Podpłynąłem blisko przystani, zrobiłem kilka zdjęć i skierowałem się na północ.

Klub AZS od strony wody

Wiatr cały czas mi sprzyjał – wiał W, SW. Płynąłem fordewindem, jednym halsem. Dzięki GPS-owi wiedziałem dokładnie gdzie jestem. „Robiąc” waypointy pokonywałem kolejne odcinki Dąbia.  Generalnie trzymałem się lewego brzegu. Im bardziej oddalałem się od Szczecina i Małego Dąbia tym mniej jachtów widziałem na wodzie. Przede mną płynęły trzy jachty, które obrały kurs na Lubczynę. Też mnie kusiło, żeby zobaczyć tę przystań. Miałem w głowie słowa Ludomira Mączki, który pod koniec życia mówił, że nie interesują go już dalekie rejsy, a ucieszyłby się kiedy mógłby popłynąć do Lubczyny. Szkoda było mi jednak czasu i wiatru. Płynąłem za niemieckim jachtem, który kierował się na Zalew.

Dąbie Duże

 

Dystans między nami nie zmieniał się, co mnie trochę dziwiło, gdyż miał więcej żagli. W końcu jednak skręcił w Babinę koło Kaczej Wyspy i zostałem sam. Wokół sama woda. Dobrze, że wiatr był mi przychylny i płynąłem bezstresowo, choć czarne chmury nad Szczecinem nie nastrajały optymistycznie. Jeszcze nie płynąłem samotnie PASATEM po tak dużej wodzie. Z dala wyglądałem pewnie jak przysłowiowa łupinka. Wiatr wiał jednostajnie, fala była delikatna, a w radiu grała przyjemna muzyka – Janis Joplin i Jimi Hendrix. Wszystko mi pasowało. Czułem się jak w raju. Wszystko działa jak należy i bez problemów płynę naprzód. Jedyne co było stresujące to sieci rybackie, które dość gęsto były rozstawione i musiałem wytężać wzrok szukając biało-czarnych kwadratów oznaczających koniec sieci.

Nowa przeszkoda na drodze

Na farwaterze Dąbia minąłem się ze statkiem płynącym do Szczecina. Takie spotkanie na jeziorze. W duszy cieszyłem się z dzisiejszego dnia. Wszystko układa się pomyślnie i zgodnie z planem. Choć wcześniej obawiałem się trochę przepłynięcia przez Szczecin – spotkań z barkami i statkami. Powoli dzień się kończy, a ja w coraz słabszym wietrze płynę naprzód do betoniaka. Cichy plan na dzisiaj miałem taki, żeby spać koło betonowca. Na GPS-ie naniosłem przypuszczalną pozycję statku i powoli się do niego zbliżałem. Godziny mijały i przeciwległy brzeg Dąbia stawał się coraz bardziej wyraźny. Zaczęło się robić szaro. W końcu zobaczyłem wrak betoniaka.

Dzisiejszy plan zrealizowany – nocleg przy “betoniaku”

 

Wiatr ucichł i ostatnie kilometry pokonałem w żółwim tempie 2-3 km/h. Najważniejsze, że obyło się bez pagajowania. Miałem nadzieję, że przy wraku będę sam, ale niestety zobaczyłem jeden jacht zakotwiczony nieopodal. O 20 30 byłem za wrakiem i jakieś 70 metrów od brzegu rzuciłem kotwicę. Zaplatany byłem w roślinność wodną tak mocno, że dziób nie obrócił się na wiatr tylko kiwał na fali. Było to trochę męczące. Mogłem stanąć za betonowcem – falowanie byłoby słabsze – ale nie chciałem być zbyt blisko drugiego jachtu. Czułem zmęczenie całego dnia za sterem, szczególnie, że prawie nic nie jadłem, prócz mieszanki studenckiej. W końcu jednak zacząłem przygotowywać kolację, którą już w myślach zaplanowałem. Bałem się, że kartusz lub menażka podczas gotowania przewrócą się na fali i będę miał poparzone nogi. Na szczęście nic takiego się  nie stało i w końcu się najadłem. Szczególnie herbata z cytryną na koniec dnia bardzo mi smakowała. Szkoda, że bez rumu. Dzisiaj przepłynąłem 76 km. Rekord! Chciałem się już położyć, ale musiałem jeszcze zaplanować jutrzejszy odcinek. Jutro mały sprawdzian umiejętności – Zalew Szczeciński. Dużo wody przede mną. W sumie wszystko zależy od pogody i szczęścia. Jeśli wiatry będą pomyślne tak jak dzisiaj powinienem dać sobie radę i dopłynąć do Międzywodzia. No nic zobaczymy, co przyniesie jutrzejszy dzień. Położyłem się po 23 00, usypiały mnie piosenki śpiewane na sąsiednim jachcie. W sumie zachowałem się jak gbur, bo po zakotwiczeniu się z nimi nie przywitałem, ani nie pozdrowiłem. Nic. Kompletna obojętność, jakby ich tu nie było. Biorę to na karb zmęczenia. Mam nadzieję, że jutro pogoda również dopisze. Obok jachtu pływają kaczki i hałasują głośno żerując. Leżę na materacu i czuję błogostan kiedy pASAT porusza się na fali. Bolą mnie pośladki od siedzenia na falszburcie i kolana od klęczenia w kokpicie. Jestem tak zmęczony, że kiedy wyłączyłem radio i światło to zasnąłem natychmiast. Falowanie Dąbia utuliło mnie do snu…

 

Tags: rejs

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (2)

Trackback URL | Comments RSS Feed

  1. jacek says:

    pięknie …….!!!!!!

  2. Stanisław says:

    Gratuluję!!! Wspaniała podróż!!! Ciekawa relacja i zdjęcia. Czytało i oglądało się z dużą przyjemnością. Pozdrawiam.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates