Samotnie przez szuwary część 1

Ten rejs jest niczym w porównaniu do wielkich rejsów samotników dookoła świata. A jednak byłem samotnikiem. Zamierzałem popłynąć z Pątnowa do Ostródy od czasów zbudowania mojego jachtu – laminatowego Plastusia. Określenie jacht to może zbyt dumnie brzmi… Lepiej jachcik. Plastuś to jachcik mieczowy własnej konstrukcji, razem z balastem wewnętrznym – 350 kilogramów żywej wagi; długość ą,5 metra, szerokość 1,8 m, 25 centymetrów zanurzenia, mała kabina z ą miejscami do spania; ożaglowany jako slup bermudzki na maszcie niesie 10,5 m2 żagla. I właśnie ten jachcik na 57 dni stał się moim domem.

Do rejsu przygotowywałem się solidnie, wiedząc, że czego sam nie wezmę, to może nikt mi nie da. Mam taką listę rzeczy, które trzeba zabrać. Polecam ten sposób, ponieważ na spokojnie można przemyśleć i dokonać wcześniejszych zakupów, dopisać kiedy się coś przypomni i nic potem nie pakuje się na łapu capu.

Wózek

Przygotowania zacząłem od sprawdzenia wózka transportowego. Najlepiej mieć wózek produkcji fabrycznej. Mój był zbudowany amatorsko. Solidna stalowa rama z ceowników giętych, została posadzona na resorach samochodu Warszawa i na rozszerzonej tylnej osi i kołach od Syreny. Wazy około 120 kilogramów. Z jachtem na haku samochód Peugeot Partner z 75-konnym silnikiem prowadził się dobrze. Taki wózek ma jednak tę wadę, że jest wysoki i wymaga wyczepienia przy wodowaniu, ponieważ trzeba go głębiej wepchnąć, by jacht spłynął z wózka. Poza tym na stromych slipach jacht przeciąża całość na tył i żeby zapobiec unoszenia się dyszla trzeba go dociążać. O wiele lepsze są wózki dwuosiowe (tandem) o niskim zawieszeniu. Przygotowanie wózka ograniczyło się do wymiany zużytych opon na nowe, które nowe były tylko z wyglądu. W rzeczywistości okazały się zleżałe i w drodze jedna rozleciała się na strzępy. Stąd płynie nauka, by nie budować wózka na kołach samochodów dano nie produkowanych, do których nie ma opon w handlu.

Jacht

Przygotowanie jachtu sprowadziło się do ogólnego przeglądu, usunięciu niewielkiego przecieku przez przylaminowanie skrzynki mieczowej w tym miejscu, dopasowaniu zderzaka do pantografu do podnoszenia wyżej silnika i założeniu sprężyny wspomagającej jego podnoszenie. Dorobiłem też trapez do kadzenia masztu, ale ten trzeba będzie wydłużyć, bo maszt nadal ciężko się podnosi. Przewidując możliwość napotkania silnych wiatrów, uszyłem mniejszego grota i tent przeciwsłoneczny z cienkiej, gęstej „spadochronówki”. Ten ostatni okazał się też przydatny w czasie deszczu…

Zakupy

Musiałem kupić nową kamizelkę ratunkową, bo kapoki z Intrsteru sprzed lat były niewygodne przy pracy na pokładzie. Musiałem wymienić zużyte akumulatory. Poważne obciążenie dla kieszeni stanowił zapas leków recepturowych na trzy miesiące.

Narzędzia, części zapasowe i wyposażenie bosmańskie

Oprócz lin, linek i szpagatu zabrałem małe imadełko przykręcane do stolika, które bardzo mi się przydało, przy dorabianiu z drutu kołków do śruby silnika; ponadto – brzeszczoty do metalu, kombinerki, obcęgi, klucze do nakrętek, klucze nastawne, śrubokręty, młotek, zapasowy ściągacz, kausze, szekle, papier ścierny, pilniki iglaki, taśmę izolacyjną i klej Poxipol. Do tego nieco miękkiego drutu miedzianego i dłuższy od masztu krąg ocynkowanego stalowego drutu, który mi się przydał przeciągnięcia przez rurę masztu fału, który mi uciekł. Zabrałem fabryczny komplet narzędzi do silnika przyczepnego Salut – świece zapłonowe, oryginalne kołki do śruby (które się szybko skończyły) i ocynkowane zawleczki. Zabrałem fabryczny komplet narzędzi do Saluta, różnych rozmiarów igły do szycia i nici. Większość tego wyposażenia było w użyciu…

Bezpieczeństwo

Miałem uszyte szelki i rozpinałem (początkowo) lajflinę – od dziobu do rufy. Ale te rzeczy bardziej przeszkadzały niż zabezpieczały. Wystarczały doskonałe – w moim przekonaniu – wykonane przeze mnie powierzchnie przeciwślizgowe. Na marginesie dodam, że te prosto z formy na jachtach produkowanych seryjnie, albo malowane, to iluzja i efektowna dekoracja. Przed Burzą zakładałem na wanty i sztag łańcuszki odgromowe sięgające wody. Miedziana taśma łącząca stalowy pilers, na którym opiera się aluminiowy maszt, ze śrubą metalowego miecza, także miała chronić mnie przed piorunami. Na przypadek pożaru miałem samochodową gaśnicę. O mały włos, a przydała by się – przy kuchence zapalił się zbyt słabo dokręcony wąż. Stąd nauczka, żeby przed każdym gotowaniem sprawdzać dokręcenie węża. Należy także zakręcać po gotowaniu zawór na butli. Trzykrotnie zdarzyło mi się stwierdzić nieszczelność kuchenki po jej wyłączeniu. Miałem latarkę przełączaną na światło białe, zielone, czerwone i czerwone pulsujące.

Łączność

Łączność zapewniały mi dwa telefony komórkowe – obsługiwane przez dwie różne sieci. To okazało się praktyczne – co najmniej jeden aparat zawsze był w zasięgu… Ładowanie komórek było możliwe z akumulatorów jachtowych.

Zapasy

Gaz do kuchenki czerpałem z jednej z dwóch 2-kilogramowych butli. Jedną z nich w Bydgoszczy, dzięki pomocy przyjaciół udało mi się naładować, bo podobno w Polsce jest zakaz ładowania takowych – nie wiem na ile jest to prawdą. Zużyłem dwie i pół butli, czyli około 5 kilogramów gazu. Wodę gromadziłem w trzech 5-litrowych i dwóch 2- litrowych baniakach – łącznie 19 litrów. Wody pitnej używałem do celów spożywczych i do mycia naczyń. Zawsze rano napełniałem wrzątkiem 2-litrowy termos. Paliwo do silnika miałem w trzech plastikowych 5-litrowych kanistrach. Prąd do oświetlenia czerpałem z trzech źródeł. ą0-amperogodzinnej 12-voltowej baterii akumulatorów motocyklowych, która zasilała sufitową lampkę w kabinie i gniazdo zapalniczki samochodowej, z którego zasilałem ładowarkę telefonów lub turystyczny telewizorek (służył głównie do odbierania, na różnych kanałach głównie prognozy pogody). Aby ośczędzać prąd korzystałem z ledowej lampy turystycznej na baterie i ręcznej latarki. Akumulatory doładowywałem po drodze trzykrotnie, żeby ich nie rozładowywać poniżej dopuszczalnego napięcia, które sprawdzałem miernikiem co jakiś czas.

Kambuz

Kambuza jako takiego nie maiłem. Albo rozkładałem dwupalnikowa kuchenkę w kokpicie albo w kabinie na kawałku sklejki na wolnej koi. Miałem podwójny komplet sztućców, długi nóz do krojenia chleba i nożyk do obierania jarzyn, warzyw i do smarowania. Miałem komplet miseczek emaliowanych wkładanych jedna w drugą, dwa talerzyki fajansowe i komplet trzech głębokich garnków z pokrywkami. Bardzo brakowało mi patelni. Ponadto miałem dwie średniej wielkości miski do zmywania i mycia.

Pościel

Miałem koc, dwa śpiwory i duży jasiek. Na kojach materace z 5-centymetrowej pianki i cztery zagłówki. Sypiałem w piżamie, często w chłodne noce dodatkowo w swetrze i w skarpetkach pod dwoma śpiworami.

Silnik

Jacht był wyposażony w  radziecki benzynowy, przyczepny dwusuwowy 2-konny silnik Salut, zawieszony na pantografie na pawęży. Przez cały czas sprawiał mi kłopoty stawiając często pod znakiem zapytania kontynuowanie rejsu. Wyzywałem go od nygusów i… Lepiej nie pisać jak jeszcze. Żartowałem, że dopóki byliśmy w Układzie Warszawskim to nie grymasił, a teraz gdy wstąpiliśmy do NATO to zaczął się buntować.

Nawigacja

Przed rejsem przygotowałem sobie maksymalną ilość materiałów o planowanej trasie. Przede wszystkim porobiłem sobie kserokopie części artykułów Marka Haltera opublikowanych w „Żaglach” w latach 2003-2005 – dotyczących odcinka żeglugowego od Konina do Wisły. Te były bardzo solidnie opracowane. Chwała autorowi za to! Zszyłem je ze sobą uzyskując rodzaj bardzo mi przydatnej locji śródlądowej. Korzystałem ze schematycznie opracowanej mapy Wojciecha Jarzębie-Kuczkowskiego i artykułów Marka Haltera dotyczących szlaku Nogatun przez Malbork do Zalewu Wiślanego. Korzystałem także z informacji zawartych w artykułach publikowanych w „Żaglach” autorstwa Agnieszki i Włodka Bilińskich, Stanisława Iwińskiego i Adama Molendy oraz Grzegorza Korwin-Szymanowskiego, dotyczących odcinka od Elbląga do Ostródy i Iławy zamieszczonych w roku 2005 – choć nie były opracowane już tak doskonale jak te Marka Haltera, to były przydatne. Również „Szalki Kanału Elbląskiego i Pojezierza iławskiego” opracowane przez Wojciecha Jastrzebie-Kuczkowskiego pozostawiały wiele do życzenia. Nie praktyczne w tym opracowaniu były mapki „dzielące” tę trasę na odcinki i brak podziałki liniowej lub odległości na mapkach. Moje materiały nawigacyjne uzupełniała turystyczna mapa kartograficzna „Żuławy Wislane” w podziałce 1:10 000, wydaną przez „Dermat” oraz ksiażka „Szlaki wodne Delty Wisły” Marka Sperskiego wydanej w roku 1981. Na opracowaniach Marka Haltera bardzo pomocne były informacje o telefonach kontaktowych do śluzowych i do Regionalnych Zarządów Gospodarki Wodnej i nadzorów Wodnych – korzystałem z nich wielokrotnie. Miałem też ze sobą znakomitą książkę Marko i Jerzego Kulińskich „zalew Wiślany” wydanie III. Z przyrządów nawigacyjnych miałem maleńką busolę – w zupełności wystarczała. Korzystałem z Monitora Polskiego „Przepisy na śródlądowych drogach wodnych” i mapy samochodowej Polski. Brakowało mi mapy Wisły od Brdy do śluzy Biała Góra, ale jakoś sobie poradziłem…

Początkowo zamierzałem rozpocząć rejs w Uniejowie i Wartą dopłynąć do Noteci, ale po rozeznaniu sprawy w RZGW w Poznaniu, musiałem zmienić plany, ponieważ od 1 lipca śluzy Morzysław i Pątnów miały być zamknięte z powodu remontu. Nie chciałem ryzykować mając tyko ą dni by z Uniejowa do śluzy.

 

Tags: rejs

Category: Na wiatr, Spis treści

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates