Pasja szczura lądowego część 8

| 18/11/2012 | 0 Komentarzy

Autor: Jarosław Ściwiarski

Decyzja zapadła w samo południe, jest niedziela 23 września 2012r. Iskrą zapalną był telefon do Mariusza; jego entuzjazm dotyczący wodowania łódki był wręcz zaskakujący. Rozmawialiśmy o niej wcześniej, a nawet były plany wspólnej pracy nad projektem, ale z wykonaniem było gorzej. Teraz wszystko się ułożyło, on jest gotowy, ja jestem prawie gotowy, łódka prawie, prawie gotowa.

Proszę jeszcze dwóch znajomych Donalda i Adama, aby pomogli nam załadować mój „skarb” na przyczepę. Dla czterech młodych, sprawnych i przystojnych facetów to żadna trudność. Przyczepa po moich modernizacjach (osobna historia) jest jak nowa i doznała zaszczytu, by na jej „grzbiecie” umieścić łódeczkę. Jeszcze obmyślanie jak umocować ją pasami, gumami, linami i czym tylko było można. W końcu się udało. Teraz mogę dodać, że to co tak mozolnie ładowaliśmy wcześniej w czwórkę, rozładowałem z moją szesnastoletnią córką. A myślę, że była to trudniejsza operacja.

W końcu ruszamy w kierunku Klubu Pogoria III. W porcie nie było wiwatów na nasz widok, ale byli koledzy Darek i Przemek; z Przemkiem spotkaliśmy po raz pierwszy – i od razu tak wielka pomoc z jego strony. Pomogli nam zrzucić, a raczej delikatnie niczym porcelanę przenieść łódeczkę i postawić nad brzegiem Pogori. Przemek okazał się aniołem, pomagał angażując się tak, jakby wodował swoja Pasję. W zasadzie ja i Mariusz asystowaliśmy mu tylko dzielnie. Wreszcie gdy wszystko było już gotowe – do założenia zostały jedynie ster i miecz – niespodzianka! Nie wziąłem miecza… Ale wstyd! Wsiadam do samochodu i ruszam w drogę, kto nie ma w głowie, ten ma w… Wracam godzinę później zakładamy miecz i nadchodzi chwila, na którą czekałem trzy lata. Dla mnie było to jak dla kosmonauty pierwsza wyprawa w kosmos i takie samo kosmiczne doznanie. Nie sposób przelać tego na papier. Po prostu płyniemy moim jachtem. Mariusz trzyma rumpel, a ja znając „skomplikowany” mechanizm miecza opuszczam go w pośpiechu i wybieram szot foka. Za chwilę przesiadamy się i po raz pierwszy trzymam rumpel oraz szot talii grota w rękach i żegluję!

Wsłuchuję się w każdy dźwięk, który wydaje „drewniaczek”. Wiatr w żaglach, bryza na twarzy, radość w sercu; delikatny wiatr, jakby zamówiony na takie wydarzenie, posuwa naszą jednostkę na środek akwenu. Płynie cudownie, reaguje na każdy ruch steru, bez problemu robimy zwrot przez sztag i nabieramy prędkości. Ta zabawa trwała jakieś dwie godziny. Niestety trzeba kończyć – robi się późno, wrócę tu za dwa dni podczas specjalnego wydarzenia. Ku memu zaskoczeniu Przemek czeka cały czas na brzegu, a nie mówiłem – anioł. Pomaga roztaklować jacht i załadować na przyczepę. Sprawdzam komory wypornościowe wszystko suchutkie i pachnące nowością. Ściskam chłopaków z radości i wdzięczności i jakże szczęśliwy wracam do domu.

Dwa dni później…

To dla mnie wyjątkowy dzień, z tej okazji biorę dzień urlopu czule żegnam żonę i z radością ruszam do zaprzyjaźnionego portu na specjalne pływanie. Mam cały dzień do dyspozycji, żadnych telefonów, spraw – tylko woda, jacht i piękna pogoda. Tak postanowiłem świętować moje kolejne urodziny. Wszystko przebiega wyjątkowo dobrze, znalazły się przyjazne dusze, które pomogły mi wyładować jacht, zaprzyjaźniony bosman posłużył sowim doświadczeniem w postawieniu masztu. Pozostało tylko postawić żagiel, tym razem pływam sam, więc tylko grot, ster w zawiasy, odpycham łódkę i w drogę. Przypływ emocji trochę mnie zdezorganizował, więc ku uciesze stojących na brzegu miotam się trochę między keją a zacumowanymi przy boi łódkami. Pomagam sobie kilkoma machnięciami pagaja i ruszam na urodzinowy rejs. Już znam to uczucie, ale wciąż jest cudowne – płynę! Mój pierwszy samodzielny rejs prawie po trzydziestu latach. Na początku staram się pływać bardzo ostrożnie; z biegiem czasu ustawiam łódeczkę ostrzej do wiatru, na co natychmiast reaguje ukłonem w stronę horyzontu, jakby w podziękowaniu za jej stworzenie dając właścicielowi kolejna porcje wspaniałych przeżyć. Nie opiszę fachowym językiem nautycznych możliwości jachtu, mogę tylko wyrazić to jako amator – jest cudownie! To najpiękniejszy urodzinowy prezent jaki dostałem. Oczywiście był to prezent ode mnie dla mnie. Prosiłem rodzinę, aby nie kupowali mi prezentów. W ich imieniu kupiłem wyposażenie (przekraczając budżet jakieś pięć razy). W końcu kupowałem to dla kogoś bardzo ważnego w moim życiu.

Zastanawiałem się nad nazwą dla mojego, „drewniaczka”, „kruszynki” „łupinki” itd. Po konsultacji z rodziną postanowiłem nazwać jacht imieniem po moim nieżyjącym ojcu. Chyba by się cieszył, gdyby mógł zobaczyć swoje imię na tej małej łódeczce – ANTEK. Czy było warto budować? Nie mam już żadnych wątpliwości! Do zobaczenia gdzieś na wodzie. Gdy zobaczycie ANTKA, może wam też się spodoba?

Tags: Janusz Maderski, budowa jachtu, jacht śródlądowy, jachty drewniane, jachty z drewna

Category: Spis treści, Technika, Budowa jachtu

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates