pamiętnik armatora czyli historia pewnego Maka część 3

| 27/09/2004 | 0 Komentarzy

Autor: Rafał Laurentowski 

Grudzień 1999 r.

Co można było pochromować – zostało pochromowane. Pomalowaliśmy przyczepę, naprawiliśmy cały układ hamulcowy i układ jezdny (wymiana łożysk); hak i parę innych drobiazgów zostały oddane do ocynkowania. Następne dwa miesiące pozwoliły tylko na zgromadzenie funduszy na zakup potrzebnych materiałów. Oczekujemy z niecierpliwością na przyjście wiosny albo na wyższą temperaturę, by można było zacząć osadzać skrzynię mieczową, malować, szpachlować, szlifować, piłować, wkręcać itd. Zbieramy siły na mocne uderzenie…

Marzec 2000 r.
Marzec dał nam popalić – temperatury były różne – zazwyczaj poniżej zera, znacznie poniżej… Nawet nasze ocieplenie nie dawało sobie rady z wiatrem i często się obrywało. Jak się to mówi „chcesz pływać – cierp”. Mamy nadzieję, że kwiecień okaże się znacznie cieplejszy.

Kwiecień 2000 r.

Kwiecień jest bardzo ciepły, a zarazem bardzo dramatyczny. Podczas gruntownego oczyszczania stępki w miejscu osadzenia balastu, Jacek zakomunikował, że poszycie na całej długości stępki jest przegniłe. I to na wylot! „A miało być tak pięknie, wywiady…”. No trudno dobrze, że teraz, a nie gdzieś na jeziorze. Tak jak wspomniałem poszycie trzeba było wyciąć na całej długości skrzyni mieczowej, a nawet trochę więcej – to będzie prawie 2 metry długości i 45 cm szerokości. Zastanawia nas jedno: dlaczego tylko jedna strona skrzyni tak mocno przegniła? Ba, nawet dębowa stępka uległa uszkodzeniu, na szczęście jest to na tyle płytkie, że wystarczy mała wstawka i po bólu. Po tym odkryciu bez sentymentów sprawdziliśmy cały kadłub. Pewnie powinniśmy zrobić to wcześniej, ale nic nie wskazywało na takie obrażenia. Człowiek uczy się na błędach. Teraz zdobyliśmy kolejne doświadczenie. Szykujemy się na długi weekend w pierwszych dniach maja, aby się uporać z tym fantem.

Pierwszy tydzień maja 2000 r.
Słoneczny maj. W sam raz do tego by zabrać się  za łatanie dziury, osadzenie skrzyni mieczowej, lakierowanie, szpachlowanie, malowanie itp. Pogoda sprzyja. Zaczynamy od sławnej dziury. Oczyszczamy krawędzie z pozostałości starej warstwy poszycia. Jedynymi narzędziami jakie do tego celu się nadają są młotek, dłuto, czasami porządne szczypce, aby usunąć stare wkręty. Osadzamy dopasowaną sklejkę. Hmm, to tak się pięknie pisze, ale ile razy była ona wyciągana i wkładana, tego nie sposób policzyć. Sklejkę osadzamy i nawiercamy otwory – bagatelka jakieś dwieście. Tak przygotowaną część poszycia smarujemy klejem i skręcamy. Po wykonaniu zadania ocena pracy – jesteśmy zadowoleni. No to co – pytam kolegów – to po piwku… Odpowiedź jest chyba wszystkim znana.

Czas wziąć się za skrzynię mieczową, którą mieliśmy osadzać miesiąc temu. Jest ona w prawdzie przygotowana, ale dużo jeszcze brakuje jej do doskonałości. Z takimi drobiazgami powinniśmy się szybko uporać. Nie mamy jeszcze pojęcia jakie nas czekają problemy z osadzeniem skrzyni. Zaczyna się pasowanie. Wkładamy szpilki razem z balastem (około 50 kg.). Okazuje się, że szpilki są za długie. Zaznaczamy, rozkręcamy, wyciągamy i docinamy je. Po skróceniu operację zaczynamy od początku. Tak ze wszystkimi elementami skrzyni. Już pamiętam ile razy była wyciągana i wkładana, na pewno bardzo wiele razy.

Rozpoczęliśmy klejenie skrzyni. Nasze wielokrotne wyciągania i wkładania okazały się przydatne, bo poszło to dość sprawnie, choć z małymi kłopotami – ale jest złożona. Najbardziej baliśmy się laminowania, gdyż robimy to pierwszy raz. Opieraliśmy się tylko na wiadomościach książkowych oraz na doświadczeniach innych kolegów. Zaczynamy od najgorszego – czyli od skrzyni – aby mieć to za sobą. Zaczynamy. Mieszamy żywicę, docinamy matę i laminujemy. Idzie nam całkiem nieźle jak na pierwszy raz – powiedziałbym, że wzorcowo, jesteśmy zadowoleni. No to co? To po piwku… Usiedliśmy sobie na trawie przed stodołą, gdyż atmosfera po laminowaniu jest co najmniej ciężka. Po doświadczeniach ze skrzynią zabieramy się za laminowanie dziury i ubytków maty na dziobie. Poszło również zadawalająco. Po przeschnięciu, położyliśmy warstwę żelkotu – z laminowania to na tyle. Czas zabrać się za szpachlowanie, a jest tego trochę. Po szpachlowaniu zostało nam jeszcze położyć ostatnią warstwę lakieru na pokładzie oraz przemalować całe wnętrze w celu jego odświeżenia. Czas długiego weekendu się kończy, lecz gdzieś tam na horyzoncie maluje się, że 3 czerwca łajba pójdzie na wodę. Życzę sobie tego i wszystkim tym, którzy też jeszcze remontują swoje jednostki.

Tags: budowa jachtu, Henryk Jaszczewski, jacht śródlądowy, jachty drewniane, jachty z drewna

Category: Budowa jachtu, Spis treści, Technika

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates