Operacja Starlight część 6

| 27/06/2012 | 0 Komentarzy

Autor: Tomasz Robakowski

Prasowanie kadłuba

Zaliczyłem kolejny kamień milowy. Po długiej obserwacji, poprawianiu pasów, przekładaniu ścisków stolarskich z dużą rezerwą zebrałem się na odwagę i uprzednio odkręciwszy szablony od helingu, odwróciłem kadłub dnem do dołu. Teraz to jeszcze bardziej przypomina łódź. Kadłub się nie rozpadł, a ja mam swobodny dostęp do wnętrza. Jak to już wcześniej zazanczyłem, kadłub w sekcji rufowej jest nieco pofałdowany, w kilku  miejscach w okolicach “stępki” pojawiły się brzydkie zmarszczki, a wręcz zapadliska. Można to rozwiązać nakładając kilogramy szpachli lub innego wypełniacza. Jednak zanim się zdecyduję na ten desperacki krok postanowiłem użyć nieco siły. Pomysł na siłowe wyprasowanie kadłuba jest prosty.

Fałdy w sekcji rufowej

Fałdy w sekcji rufowej

 

Wklęśnięte miejsce nalezy ścisnąć z dwóch stron. Jak to ma wyglądać fizycznie? równiez bardzo prosto, w części zewnętrznej przykładam grubą wzdłużną listwę, natomiast o wnętrza przykładam drewnianą podkładkę o srednicy 8 cm. Taką kanapkę nawiercam na wylot i całość zaczynam skręcać śrubą M10. Rozwiązanie świetnie się sprawdza na bocznych wklęśnięciach. Przynajmniej teoretycznie. Praktyka pokaże jak to będzie działało w przypadku prostowania poszycia w okolicy stępki.

Wyciąganie zapadlisk

Wyciąganie zapadlisk

Jednak zanim zacząłem kombinować przy estetyce kadłuba, stwierdziłem, że istotniejsze będzie zapewnienie jego stabilności, czyli że warto by było wkleić już na stałe wzdłużnice oraz grodzie rufową i masztową.

Zacząłem od wpasowywania grodzi rufowej, i tutaj nastąpiła niespodzianka. Poszycie rufy jest napięte jak baranie… rogi. Próba systemowego umieszczenia grodzi w miejscu przeznaczenia, zakończyła sie tylko głuchym stęknieciem poczycia (które ja odczytałem jako: stary daj spokoj, w tym miejscu już nic nie upchniesz). I tutaj pomocny okazał sie Kornel, który popdpowiedział, żeby to na siłe docisnąc, puknąć młotkiem i powinno wejść. Wstępnie umieściłem gródź mniej więcej w miejscu docelowym, od góry przyłożyłem beleczkę o długości 1 m i przekroju kwadratowym 10×10 [cm], przepasałem najgrubszym pasem transportowym, podlewarowałem i huknęło jak z armaty. Na szczęście nic nie pękło, a huk to był taki dodatkowy sygnał mówiący, że gródź wskoczyła na miejsce.

Po emocjach związanych z efektami akustycznymi rozpocząłem przyklejanie wzdłużnic do poszycia. Powoli, ścisk za ściskiem obskoczyłem sekcję rufową. Ciągnąłbym tę sielankę dalej, ale zabrakło mi ścisków. Więc zarządziłem przerwę na wiązanie kleju.

Po ściągnieciu ścisków sekcja rufowa wyglądała bardzo przyzwoicie, “firanki” które wcześniej pokazały się na poszyciu zupełnie zniknęły, mogłem sie rozkoszować prawie idealnymi krzywiznami części rufowej kadłuba . Do szczęścia potrzebowałem tylko jednego: usunięcia szablonów. Poszycie przylegało do szablonów dzięki pasom transportowym. Pomyślałem sobie, że warto by już przystąpić do odzielenia ziarna od plew. Zacząłem delikatnie luzować pas, luzowałem, luzowałem i poluzowałem. Przez 3 sekundy wszystko wyglądało uroczo. Nagle zaczęło sie cichutkie skrzypienie, a potem nastąpiła szybka scena rodem z kreskówek pana Disneya. Zaskrzypiało, zajączało, huknęło i  cała akcja została zakończona dzwiękiem dyyyngggg, który to obwieścił odklejenie sie poszycia od wzdłużnic. Ja stałem z rozdziawionymy ustyma, oczy miałem wielkie jak wilk w bajce o czerwonym kapturku, a z wrażenia zapomniałem w jaki sposób pobudzić struny głosowe do krzyku. Kiedy już zebrałem się w sobie, rozpocząłem proces ponownego naciągania poszycia na ten jeden szablon. Spociłem sie bardziej z nerwów niż z wysiłku. Mniej więcej udało mi sie powrócić do stanu wyjściowego. Poki co nie ruszałem taśm na pozostałych szablonach. Zadumałem sie na dłuższą chwilę i przystąpiłem do ponownego klejenia wzdłużnic, tym razem postanowiłem nie być tak delikatny. Uzbroiłem sie w klej, wkrętarkę i wiadro wkrętów do płyt kartonowo gipsowych, których użyłem zamiast ścisków stolarskich. Tak mnie poruszyła akcja z niepokornym poszyciem, że w ciągu 40 minut przykleiłem i przykręciłem obie wzdłuznice na całej długości kadłuba. Czułem, że muszę pomyśleć. Myślenie połączyłem z opuszczeniem garażu.

Z myślenia wyszło mi, że zanim ponownie poluzuję pasy muszę jakoś zabezpieczyc się przed ponownym otwarciem się poszycia. Zgodnie z planem w miejscu każdego szablonu miał byc przyklejony pokładnik, czyli wypukła wręga, która determinuje krzywiznę wypukłosci kadłuba. Oczywiście pokładników jeszcze nie wyciąłem, bo potrzeba ich było szesnaście, a nie uśmiechało mi się rzezanie. Odkładąłem sprawę na później. Jakzwykle bywa w takich sytuacjach, później nastąpiło teraz – pokładniki były potrzebne już. Wtedy stał sie cud. Cud miał wygląd maila od Kornela, w którym to (w mailu, nie w Kornelu), było napisane, że mój nowy zdalny kolega posiada komplet pokładników wyciętych na maszynie CNC i czym bym reflektował. Co prawda Kornel zaznaczył, że sklejka, z której są wycięte pokładniki jest niskiej jakości, ale oczywiście, że reflektowałem. Uznałem to za to dobry znak. Aby nic nie popsuć, postanowiłem oczekując na pokładniki nic nie robić.

Nic nierobienie bardzo mi się spodobało, bo mimo tego, że pokładniki dojechały, ja relaksowałem się jeszcze kilka dni. W końcu nadejszła wiekopomna chwila i postanowiłem otworzyć pudło z dostarczonym przez kuriera prezentem. Dech mi zaparło jak zobaczyłem komplet ślicznie wyciętych elementów. Natychmiast rzuciłem się do pracy. W sumie nie wiedziałem od czego zacząć. Zacząłęm więc od środkowego pokładnika, i tak doklejalem je w logicznej kolejności: piąty, dziewiąty, trzeci, czwarty, ósmy. Oczywiście po przyklejeniu pokładników musiałem znowu poczekać aż klej zwiąże. Mimo wklejonych pokładników, nie uśmiechało mi się ściąganie pasów, w pamięci miałem wyraźny obraz rozklejającego się kadłuba. Aby nieco zatrzec złe wspomnienia zacząłem od ściągania pasów w okolicy dziobu. Delikanie i na wdechu luzowałem kolejne pasy i wyciągałem kolejne szablony, w ten sposób pozbylem sie pięciu  szablonów. Pozostałe cztery postanowiłem jeszcze potrzymać dla spokojności.

Przynajmniej do czasu przyjazdu Stefana (bo własnie się zapowiedział że wpadnie na wizytację)

W końcu nadszedł ten dzień kiedy do mojej garażo- szkutni przyjechal projektant.

Jednak zanim odwiedził moje podwoje, postanowiłem troche podpicować kadłub, jak zacząłem picować tak zauważyłem, że kadłub jest taki jakby krzywawy. W okolicy ósmego pokładnika jest widoczne wyraźne skręcenie. Mimo intensywnego wpatrywania się w pokładnik skręcenie nie chciało zniknąć. Nic to, przyjąłem do wiadomości że będe palił buraka przy projektancie, nastąpi brutalna weryfikacja rzeczywistości z moimi opisami stanu tzw. faktycznego.

Wstydu nie było, w zamian otrzymałem radę, aby zastosowane zbyt wiotkie wzdłużnice usztywnić. Usztywnienie powinno zniwelować pojawiające się między szablonami (i pokładnikami) balony.

Akurat miałem na składzie listwy prostokątne o przekroju 20x30mm, stwierdziwszy że są raczej spoko i się nadadzą, przystąpiłem do wklejania. Jednak wkljane listwy to nie był jeden długi wzdłużnik, lecz 60-centymetrowe kawałki wpasowane między szablony. Usztywnienie kadłuba zaczęło dawać widoczne efekty. Brzydkie balony powoli znikały, a moja duma znowu zaczynała puchnąć. Jak sie za chwilę okazało, tak napuchła, że nieuchronnie zbliżała sie kolejna eksplozja. Tym razem nic nie pękło, ale bez strat się nie obyło. Otóż po zaschnięciu kleju, postanowiłem powyciagać szablony. Najpierw powoli poluzowałem pasy, nic nie strzeliło, potem zacząłem wyciagać szablony zaczynajac od dziobowego. Wszystko szło dobrze, aż do szablonu numer osiem. Otóż w ferworze wklejania listw nie zauważyłem że szablony zaklinowałem miedzy wklejonymi listwami i demontaż szablonów okazał sie niemożliwy. Niemożliwy do czasu… Stwierdziłem że koniec cackania sie z duperelami i własną głupotą, w ruch poszła wyrzynarka i z poczuciem wyższej konieczności pociąłem unieruchomione szablony – na szczęćie tylko dwa. Oczywiście nie usmiechało mi sie wycinanie nowych szablonów, więc pocięte szablony połatałem. Nie wyglądaja zbyt ładnie, ale powinny wytrzymać budowę drugiego kadłuba.

“Połatane” szablony

Skracając tą przydługą opowieść, juz po wpasowaniu nowych listew wyszło na jaw, że zastosowane zbyt wiotkie wzdłużnice pracowały nie tylko na poziomie ale i w pionie. W związku z tym pionowym odchyłem jeden z pokładników przykleił sie krzywo co powodowało – na szczęście – tylko złudzenie skręcenia. Pokładnik udało sie zamocować poprawnie, burty dociąć do poziomu.

Kadłub po wyciągnieciu…

…na światło dzienne

Najważniejsze jest to, że kadłub numer jeden trzyma sie samoczynnie, bez użycia taśm, sznurka, drutu, gumy do życia i co by tam McGyver zastosował w takim przypadku. Patrząc od strony pokładu, kadłub prezentuje sie wspaniale (przynajmniej w moim mniemaniu). Okolice stepki bardziej przypominają skręcony kabel telefoniczny, ale wszystko jest do wyprowadzenia. Na pewno sporo sie nauczyłem budując kadłub numer 1. Zdobytą więdzę będe weryfikował przy budowie drugiego kadłuba. O czym wkrótce…

Tags: budowa jachtu, jachty drewniane, jachty z drewna, katamaran

Category: Spis treści, Budowa jachtu, Jachty drewniane, Porady

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates