Nomadzi wybrzeża, część 5

| 15/01/2015 | 0 Komentarzy

Nawigacja polinezyjska

Morze wydawało się zupełnie gładkie. Zamiast siedmiu rzędów załamujących się fal, wzdłuż brzegu widać było tylko jedno pasmo grzywek, wysokość fali nie przekraczała na oko “zegrzyńskich” trzydziestu centymetrów. Wreszcie mogliśmy wyruszyć znowu na morze – niestety tylko we trzech, Grzegorz musiał już wcześniej wrócić do domu. Reto postanowił płynąć sam, wykorzystać w pełni możliwości swojej lekkiej łodzi, Mata pjoa miał swoją stałą, trzyosobową załogę.


gladko
Z pomocą spotkanych na plaży osób, szczerze zainteresowanych naszymi proa, zepchnęliśmy łodzie z powrotem w stronę morza. Pierwszy wystartował Reto i szło mu wyjątkowo ciężko.Jednym z powodów było to, że wiatr wiał dokładnie prostopadle do brzegu, trzeba więc było żeglować pod pewnym kątem do fali. Jednak to chyba nie wyjaśniało wszystkich kłopotów Reto. Czyżby rozleniwiły go trzy dni plażowania?…

Po chwili przyszła kolej na nas.
Pierwsza fala wypełniła kokpit proa po brzegi. Okazało się, że morze wcale nie jest takie gładkie i niewinne jak się wydawało, to raczej nasz ogląd był spaczony poprzednimi dniami obserwacji wysokich fal. Dzisiejsze, nie trzydziesto- ale raczej pięćdziesięciocentymetrowe, długie fale miały dość energii, żeby rzucać łodzią we wszystkich kierunkach i lokować w niej duże ilości wody.

Co gorsza, Mata pjoa, w przeciwieństwie do starego proa Janusza, ma dwa osobne kokpity: dziobowy i rufowy. Teoretycznie są one odpływowe, ale przy tej ilości wody, która wlała się do dziobu, łódź przegłębiła się do tego stopnia, że odpływy były głęboko pod linią zanurzenia. Na komendę Janusza wskoczyłem na pokład i szybko zacząłem wybierać wodę czerpakiem. Była to syzyfowa praca, każda następna fala zalewała mocno zanurzony kadłub ponownie. Na domiar złego trym na dziób zmienił zrównoważenie żaglowe i proa skręciło do linii wiatru. Kątem oka zobaczyłem żagiel, wypełniający się z niewłaściwej strony.

BAAACKWIIIIND!!! – wrzasnąłem, licz±c, że koledzy opanują sytuację i oceniając, że najważniejsze jest szybkie osuszenie kokpitu. Chyba dali sobie radę – żagiel nie zwalił się na moją głowę. Fale też jakby rzadziej wlewały się do wnętrza… widocznie odchodziliśmy coraz dalej od brzegu, poza strefę przyboju. Wkrótce dziobowy kokpit był wreszcie suchy i proa odzyskało prawidłowy trym.

Minęliśmy główki portu, przepływając w pobliżu wychodzącego w morze “galeonu” do wożenia gawiedzi. Zawsze uważaliśmy, że byłoby świetnym pomysłem zbliżyć się do takiej jednostki i zaproponować sprzedaż bananów w zamian za świecidełka – tym razem jakoś nie mieliśmy ochoty na takie manewry. Dużo bardziej pociągająca wydawała się nam perspektywa założenia ciepłych polarów i sztormiaków…

Wiatr był idealny, “trójka” z ostrego baksztagu. Fala nieco mniej idealna, będąca skotłowanym złożeniem co najmniej trzech różnych ciągów z ostatnich dni. W czasie zlotu rozmawialiśmy trochę o nawigacji polinezyjskiej, Jurek pamiętał, że znalazł w którejś z mądrych książek dość bulwersującą informację. Janusz odnalazł ją u Davida Lewisa: otóż jednym ze sposobów orientowania się na oceanie było wyczuwanie drobnych różnic w charakterze falowania, a najczulszym ponoć instrumentem do tego celu były… męskie genitalia. Tym właśnie tłumaczono wyższość mężczyzn w roli nawigatorów. Byliśmy przekonani, że cała ta historia została zmyślona przez jakiegoś wyspiarza o specyficznym poczuciu humoru, który postanowił zakpić sobie z ciekawskiego białego. Sami wielokrotnie podczas rejsu naśmiewaliśmy się z “nawigacji polinezyjskiej” – aż do teraz. Okazało się bowiem, że przy obecnej konfiguracji nakładających się fal, przy pewnym określonym kursie łodzi – akurat, jak na złość, takim, jakim właśnie płynęliśmy – co jakiś czas złośliwa falka rozbijała się o burtę, a bryzg gładko wchodził w nogawkę spodni mojego sztormiaka, docierając aż do… hm, do samej góry. W ten sposób rewelacje Lewisa o nawigacji polinezyjskiej uzyskały pełne potwierdzenie.


powrot
Przy średnim wietrze i fali Lili’uokalani i Mata pjoa były mniej więcej jednakowo szybkie. Raz Reto wychodził na prowadzenie, innym razem my, często płynęliśmy dość blisko siebie, aby fotografować i filmować drugie proa. Byliśmy pełni podziwu dla wprawy Reto, który, samodzielnie prowadząc łódź, znajdował jeszcze “trzecią rękę” do obsługi aparatu fotograficznego. Nam doskwierał raczej brak zajęć, zmienialiśmy się więc co pewien czas przy sterze, szocie i kamerze.

W szybkim tempie mijaliśmy charakterystyczne punkty wybrzeża: poligon, cypel Jarosławca, kafary pod Darłówkiem, wieżę widokową w Łazach… Wylot kanału, prowadzącego na Jamno, zaanonsował nam widok białego żagla – ktoś jeszcze bawił się w żeglugę przybrzeżną.

Powrót

Trudno wyobrazić sobie większy kontrast niż ten pomiędzy sfalowanym morzem a gładką jak stół powierzchnią jeziora Jamno. Pod osłoną brzegu woda lekko tylko się marszczyła, wiatr był zdecydowanie słabszy niż na morzu, ale przy braku fali rokował sprawne dopłynięcie do przystani.

W pełni wyluzowany Reto niemalże robił wokół nas kółka, popisując się rzadkim kunsztem: stojąc na pomoście, prowadził proa z pływakiem uniesionym wysoko nad wodą. Nie mieliśmy aż takich ambicji, trochę zmęczeni całodzienną żeglugą. Wreszcie, obie łodzie z powrotem stały przy gościnnym pomoście przystani Politechniki Koszalińskiej.

Jeszcze trochę obaw, czy zdążę na poci±g (nie zdążyłem, ale w godzinę później był autobus) i… do zobaczenia za rok!


bye
fot. Krzysztof Mnich

Tags: proa, wybrzeże Bałtyku, zlot proa

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates