Nomadzi wybrzeża, część 3

| 02/01/2015 | 0 Komentarzy

Na fali

Ranek powitał nas silnym wiatrem i rosnącą falą. Nieco znudzeni wczorajszym lenistwem, przyjęliśmy tę zmianę z zadowoleniem. Wiało od rufy, fale również poruszały się wzdłuż brzegu, przybój był więc umiarkowany. Zapowiadała się szybka i emocjonująca żegluga, kto wie? – może aż do Łeby?

Pływaliśmy już kiedyś z Januszem na jego poprzednim Pjoa w podobnych warunkach – przy “piątce” Beauforta i półtorametrowej fali. Żagiel ściągnięty gejtawami na kształt białej rzodkwi wystarczał do nadania łodzi imponującej prędkości, a sterowanie wiosłem na fali wymagało od sternika sporej uwagi.

Mata pjoa, cięższe i wyższe od poprzednika, spisywało się znakomicie. Janusz poświęcił dużo czasu na dopracowanie kształtów kadłuba, który utrzymywał kurs nawet na najbardziej szalonych zjazdach z fal, a wysokie burty nie wpuszczały wody do środka. Pomost, umieszczony ponad pół metra nad wodą, nie zaczepiał o fale, siedzieliśmy więc z Mateuszem – synem Janusza – sucho i spokojnie na ławeczkach i zajmowaliśmy się fotografowaniem, filmowaniem i podziwianiem fantastycznej jazdy.


nafali1
Sterował Janusz, czasem w ogóle nie używając wiosła i polegając na stabilności kursowej proa. Kiedy jednak większa fala wpełzała pod rufę, łódź zaczynała się rozpędzać, Janusz napierał na wiosło z całych sił, utrzymując niezmienny kurs, prędkość rosła i rosła, zdawałoby się, nieograniczenie, aż wreszcie fala przechodziła pod kadłubem i wszystko uspokajało się na jakiś czas. Obaj z Mateuszem mieliśmy oczywiście chrapkę na sterowanie na fali, czekaliśmy jednak cierpliwie, licząc na zmianę sternika po minięciu Ustki. Los zrządził inaczej.

Wszyscy trzej byliśmy pełni podziwu dla załogi Lili’uokalani. Łódka Reto jest od naszej znacznie mniejsza i lżejsza, jej ruchy na fali były na pewno dużo trudniejsze do kontrolowania. W dodatku jej kapitan chyba po raz pierwszy żeglował przy takiej pogodzie, a jego załogant Grzegorz dopiero poznawał tajniki morskiego pływania na proa. Faktem jest, że Mata pjoa okazało się tym razem znacznie szybsze od Lili’uokalani. Jej żagiel, o charakterystycznym kształcie stożka postawionego wierzchołkiem do dołu, widzieliśmy coraz dalej za rufą.

W pewnej chwili żagiel Reto zniknął z horyzontu. Zaniepokoiliśmy się nieco, ale byliśmy dobrej myśli. Pewnie zrzucili żagiel na chwilę żeby odpocząć, a może
będą go refować? – Reto miał bowiem pomysłową instalację do refowania swoich “kleszczy kraba”. Próba porozumienia się przez telefon była oczywiście bezskuteczna, załoga miała pewnie pełne ręce roboty i bez wydłubywania telefonu z bagaży.


nafali2
Jeszcze przed drugą po południu minęliśmy falochrony portu w Ustce. Wiatr, jak się zdawało, jeszcze trochę stężał, a na pewno rozbudowała się fala. Zapewne dałoby się płynąć dalej, może nie do samej Łeby ale w jej pobliże, lecz niepokoił nas los kolegów z Lili’uokalani. Zdecydowaliśmy dobić do brzegu nieco za centrum Ustki.
Janusz bezbłędnie przeprowadził proa przez przybój, potem cała załoga zeskoczyła na brzeg i zaczęła mozolnie wyciągać ciężką łódź na piasek. Trochę pomagały podkładane pod kadłub odbijacze, no i fakt, że było nas trzech – o ile w czasie rejsu większość załogi nie miała nic do roboty, o tyle teraz wszyscy musieliśmy wytężać siły.

Janusz ruszył plażą w stronę portu, wypatrując drugiego proa. Zapowiedział, że jeżeli nie zobaczy Lili’uokalani z falochronu, zawiadomi SAR. Nie doszło jednak do tego – po kilkunastu minutach łódź Reto i Grzegorza pojawiła się w zasięgu wzroku. Jak jednak pokazać im, gdzie jesteśmy? Postawienie żagla przy tym wietrze nie wchodziło w rachubę. Podciągnęliśmy go tylko na maszt w stanie zwiniętym i wymachiwaliśmy jak szaleni odblaskowo pomarańczowymi kamizelkami ratunkowymi, zatkniętymi na wiosłach. Koledzy musieli nas zauważyć, bo po chwili Lili’uokalani gładko wylądowała obok nas.


lili_nafali
my_lad

Okazało się, że nasze lądowanie zostało sfilmowane! Ustecki reporter nakręcił piękne ujęcia, zamieścił je potem w internecie pod groźnym tytułem “Sztormowe sztrandowanie łódek polinezyjskich w Ustce”. W rzeczywistości samo lądowanie było niemal rutynowe, a jedyny dreszczyk wiązał się z niepokojem o załogę Reto.

Jedną z pierwszych czynności po wyciągnięciu proa na ląd było spojrzenie na ekran GPS. Urządzenie ustawione było tak, aby zapamiętać maksymalną prędkość chwilową – odnotowało fantastyczną wartość 28 węzłów! Był to oczywiście jakiś ułamek sekundy podczas któregoś ze zjazdów z fali, jednak jak na łódź “z patyków powiązanych sznurkiem”, płynącą pod zwiniętym żaglem, rezultat jest niezwykły.

Obóz beduinów

Janusz, Mateusz i Grzegorz poszli do Ustki coś zjeść, Reto i ja zabraliśmy się za przygotowanie obozowiska. Od nawietrznej osłaniały je dwa proa, ustawione pod kątem prostym do siebie. Prześwit między kadłubami obsypaliśmy piaskiem, a w zacisznym klinie, utworzonym przez dwie łodzie, zaczęliśmy rozstawiać namioty.
Wkrótce motywacja do pracy bardzo nam wzrosła: nadciągająca chmura była podejrzanie ciemna i robiła wrażenie deszczowej. Reto szybciutko uwinął się ze swoim miniaturowym namiocikiem, ja miałem trochę więcej roboty, tym bardziej, że musiałem też osłonić wnętrze Mata pjoa przywiązanym do pokładu żaglem. Spadły już pierwsze krople deszczu, kiedy zakończyliśmy najpilniejsze prace i mogliśmy zacząć udoskonalać nasze obozowisko. Reto postanowił wykorzystać żagiel swojego proa jako zadaszenie, powiększające naszą użytkową przestrzeń. Podwiesiliśmy tkaninę na fałach od obu łodzi, podparliśmy wiosłami, starając się, aby woda miała którędy spływać. Wreszcie mogliśmy wyciągnąć się na piasku i cieszyć się najpiękniejszym widokiem wakacji: deszczem widzianym z suchego, zacisznego miejsca…

Koledzy nie zmokli nawet zbytnio, przeczekali ulewę w jakimś barze. Reto rozłożył tymczasem swoją niezawodną kuchenkę, biesiada z herbatą, winem i ciasteczkami trwała do późna. Grzegorz wyszedł na chwilę w pewnym momencie, a gdy wrócił, podzielił się refleksją:
– wiecie, nasze obozowisko wygląda z daleka zupełnie jak obóz beduinów.
Nie pamiętam już, kto odpowiedział na to (po angielsku, ze względu na Reto):
– That’s what we are. Nomads of the sea…


oboz1
oboz2

W naszym obozie na plaży spędziliśmy następne dwa dni. O ile w innych miejscowościach plażowicze raczej od nas stronili, o tyle tym razem chętnie rozkładali swoje koce pod osłoną dwu proa. Może Ustka to specyficzne miejsce i plażują tam innego pokroju ludzie, a może po prostu szukali osłony przed silnym wiatrem?

Tags: proa, wybrzeże Bałtyku, zlot proa

Category: Na wiatr, Spis treści

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates