nieobliczalna GEORGIA LEE…

| 23/12/2003 | 0 Komentarzy

…czyli małe a cieszy

Autor: Tomasz Łukawski

Rysując GEORGIA LEE, znaną także jako Lukanter i „czarna łódka”, szybkość była moją najmniejszą troską. Chciałem mieć żaglówkę spacerowo-piknikową, oczywiście w starszym stylu i oczywiście ładną. Kadłub typu „głowa dorsza i ogon makreli” wydawał mi się idealny dla programu. Przypomniała mi się dawna recepta na piękny jacht : „dorzuć un brin de folie – szczyptę szaleństwa i wymieszaj wszystko starannie…” – stąd blisko 2,5 metrowy bukszpryt i przydługi, nic niedający z punktu widzenia hydrodynamiki, nawis rufowy. Czy mi się udało? Sądząc po ostatnich wydarzeniach, wydaje się, że tak: nawet fachowy bądź co bądź „Yachting Classique” pisał niedawno o „zdumiewającej”(l’étonnant) GEORGII LEE, nie precyzując wprawdzie, czy chodzi o urodę, czy też o jej wybryki.

Krótko po zwodowaniu zgłosiłem moją nową łódkę do regat klubowych – przez zwykłą ciekawość: do tej pory ścigałem się na „łódce zielonej” z najwyższym ratingiem w klubie. Startując na pękatej i najkrótszej z całej flotylli GEORGII miałem nadzieję zalezienia się wreszcie w godnej do pozazdroszczenia i nie znanej mi dotąd sytuacji, kiedy wszyscy „oddają” czas. Na mecie każdego z wyścigów zajmowałem, zgodnie z logiką, bardzo dalekie miejsca, a w czasie przeliczonym byłem… ostatni. Historia powtórzyła się w kolejnych regatach.

Nic nie mogłem zrozumieć. Nie znając jeszcze tzw. „realiów klubowych”, pomyślałem sobie, że chodzi o zwykłe nieporozumienie – być może mój „plastykowy” klub nie odróżnia „łódki czarnej” od „zielonej”, która właściwie jest bardzo ciemnozielona? Dla posiadaczy nowoczesnych jachtów (głównie Microsail) wszystkie jachty z mahoniowym pokładem, bukszprytem i gaflowym grotem mogą wydawać się identyczne, tak jak dla „miastowych” identyczne są wszystkie owce, co jest oczywistą bzdurą, i co może potwierdzić pierwszy z brzegu baca. Namalowałem więc pośpiesznie dwa żółte paski na burtach, tłumacząc wszystkim, że łódka z paskami to ta mała, a bez pasków – duża. Bez skutku. Dopiero później dowiedziałem się (ze źródeł nieoficjalnych), że moje obie „maszyny regatowe” startują z tym samym ratingiem, mimo różnicy 2 metrów długości na linii wodnej i 9 metrów kwadratowych w powierzchni ożaglowania!

Zemsta GEORGII LEE była straszliwa. Z genuą Latającego Holendra i grotem łódki zielonej (co dało 24 m² żagla przy 3,4 m długości KWL) poczekała cierpliwie na regaty przy wyjątkowo słabym wietrze i rozniosła konkurencję w „drabiazgi”, nie zostawiając w żadnym wyścigu nawet cienia szansy przeciwnikom i to mimo wywrotki przy niespodziewanym szkwale o sile 2°B. Różnice na mecie wahały się od 4 do 10 minut! Wyrównawszy rachunki krzywd, GEORGIA LEE udała się na zasłużony odpoczynek, który trwał długo, bo wszystko to działo się jeszcze w XX wieku. Kiedy otrzymałem zaproszenie na coroczne regaty „Voiles au fil de l’eau 2003”okazało się, że jedyną łódką, która nie jest w bardziej lub mniej opóźnionej budowie lub przebudowie jest akurat GEORGIA LEE.

”Głowa dorsza i ogon makreli” w regatach, gdzie startują 4mJI, Stary i 505? Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy postawić wszystko na jedną kartę i zgłosiliśmy się do regat z ożaglowaniem łódki zielonej, czyli ok.18,5m².
Rezultaty przekroczyły najśmielsze oczekiwania: szóste miejsce w regatach, pierwsze w „prix d’élégance” i drugie w klasyfikacji głównej „Trophée Virginie Hériot” będącej kombinacją dwóch poprzednich.
Prawdą jest, że przez większą część regat warunki były sprzyjające, ale prawdą jest także, że sternik tylko chwilami stawał na wysokości zadania – ostatni raz siedział na „normalnej” łodzi w czerwcu 2001…

Impreza obfitowała w emocje. GEORGIA LEE – chyba najmniejszy z jachtów – wykazała niemało tupetu utrzymując się długo na prowadzeniu w jednym z wyścigów. Niestety, tuż przed dolną boją „sflauciło” kompletnie i nie pozostało nic innego jak tylko walczyć z prądem, czekając na silniejszy podmuch. Wiatr w końcu przyszedł, ale jak to bywa na pełnym, razem z resztą towarzystwa… Najbardziej sensacyjny był bieg, w którym między dwoma bojami GEORGIA LEE odrobiła 26 miejsc! Zażarte spory i dyskusje nad wyjaśnieniem tego fenomenu trwają pewnie do dzisiaj na pomostach Yacht Club d’Ile de France… GEORGIA LEE wiedziała, co robi – spektakularny wyczyn nie tylko poprawił pozycję w regatach, ale także zwrócił uwagę wszystkich na jej wdzięki, co zaprocentowało później w konkursie elegancji. Były też gorsze momenty: „tratwa” na starannie wykalkulowanym starcie, 15 minut równej „czwórki” nie wiadomo skąd i 10 straconych miejsc, z czego część bezpowrotnie…

Startowało 38 jachtów. Niektóre z nich warte są fortunę, np. wyjątkowo udane Joli Morgann z grupy „spirit of tradition” można nabyć drogą kupna za 30 tys. euro. GEORGIA LEE dobrze wie, że koszt jej budowy nie przekroczył tysiąca… Tych, którzy czytali artykuł „Ulepszanie proa”, zainteresuje być może informacja, że najszybsza z moich łódek (na linii prostej…) Proa CRLX była w ubiegłorocznej edycji „Voiles au fil de l’eau” dwudziesta na czterdziestu startujących. Jest to zdecydowanie najgorsze miejsce, jakie kiedykolwiek zająłem w tych regatach. Cóż, regaty odbywają się na Sekwanie, na akwenie olimpijskim z roku 1900 i 1924, a Sekwanie, nawet skąpanej w słońcu, daleko jednak do pojęcia „bezmiar wód”…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

fot. François Nicolet

Tags: Tomasz Łukawski, jacht, jachty drewniane, jachty z drewna

Category: Spis treści, Technika

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates