nie zawsze z wiatrem – granice głupoty

Motorowodniacy to nie tylko regatowi ścigańci, ale również turyści Chlastam to na prawo, to na lewo – głównie żeglarzy i takich tam, różnych innych.  Rozejrzałem się po wodzie, do kogo to jeszcze nie byłem łaskaw się doczepić. Ano, do motorowodniaków, a konkretnie do większości użytkowników szybkich motorówek i skuterów wodnych.

O ile motorowodniacy to nie tylko regatowi ścigańci, ale również turyści, o tyle „motorówkarze” i ci od skuterów w mojej klasyfikacji figurują jedynie jako użytkownicy wody. Ich bezmyślność i niezdawanie sobie sprawy, jakie „narzędzia” mają w ręce, są równie wielkie jak rozwijane prędkości. Ci ludzie w większości nie myślą o konsekwencjach prucia bez opamiętania po zapchanych żaglami jeziorach. Zgadzam się z tym, że na wodzie powinno być miejsce dla wszystkich amatorów sportów wodnych, ale grzanie po zatłoczonych Bełdanach z prędkością osobowego samochodu wykracza poza standardową definicję głupoty. Niestety, owa głupota zaowocowała już na Mazurach kilkoma wypadkami, a nawet ofiarami śmiertelnymi. Ciekaw jestem, gdzie jest granica, po przekroczeniu której odpowiedzialne władze położą tamę tym szaleństwom na wodzie.

Zastanawiam się, kiedy ludzie zrozumieją, że Mazury, oprócz Śniardw i może Mamer, nie nadają się do uprawiania szybkiej żeglugi motorowej, a tolerowanie rosnącej liczby jej amatorów skończy się kiedyś kolejną tragedią. Tym bardziej, że wielu  szyprów (zresztą w różnym wieku) takich „bolidów” zwraca przeważnie uwagę na obecne na deku panienki, a nie na to, co jest przed dziobem.

Walka z tym zjawiskiem i trafianie do świadomości „motorówkarzy” leży tak w interesie żeglarzy – wolniejszych i „gorzej” manewrujących na wodzie – jak również w interesie samych zainteresowanych… Oby nie skończyło się to tak, jak kiedyś z rowerzystami w Tatrzańskim Parku Narodowym, a konkretnie na drodze do Morskiego Oka. Tam zjeżdżający rowerzyści też grzali po serpentynach z góry „ile fabryka dała” i to wśród dosłownie tysięcy ludzi, którzy akurat szli w stronę schroniska. Zdarzyło się kilka wypadków z nieźle pokiereszowanymi amatorami dwóch kółek i pieszych turystów. Interweniował GOPR, a TPN postawił przed rowerzystami „szlaban”. I  szlus. Skończyło się. To samo może kiedyś przydarzyć się i motorowodniakom. Wtedy zostanie tylko płacz i zgrzytanie zębów, bo najdotkliwiej odczują to ci, dla których turystyka motorowodna jest tym samym, czym dla nas turystyka żeglarska.

Potem i tak za winnych całej zadymy na pewno uznani zostaną żeglarze. Bo używają innego rodzaju napędu, lubią ciszę, a przy ogniskach często śpiewają jakieś głupawe piosenki o starych żaglowcach.

fot. Krzysztof Kozerski

Tags: szlaki żeglarskie

Category: Spis treści, Na wiatr, Mesa

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates