Ngalawa

Po tygodniowym safari w kenijskim interiorze odpoczywamy nad brzegiem Oceanu Indyjskiego w jednym z wygodnych hoteli Mombasy. Spacery po plaży i opędzanie się od sprzedawców oferujących hebanowe zwierzątka, kiczowate obrazki i upiększające masaże. Czasem bliziutko brzegu przepłynie zdezelowany Hobie Cat, a jego sternik zachęci turystów do przejażdżki. Myślę sobie, że to ostatnie już miejsce na świecie, gdzie można utrzymywać się z żeglarstwa – ale chyba niezbyt dostatnio, bo chętnych nie jest zbyt wielu. Podobnie zresztą, jak na oglądanie nieodległej rafy koralowej z barki ze szklanym dnem.

Naszą uwagę zwracają jednak tradycyjne suahilijskie łodzie o nazwie ngalawa (czytaj: ngalaua). Miejscowi zachwalają je jako „high-tech of Kenya”, ja jednak nie podzielam ich sarkazmu – z pewnością nie są gorsze od naszych plastikowych pudełek obwieszonych nieodzownymi uchwytami do puszek z piwem.

Nieoczekiwanie pojawia się propozycja. Dopytujemy jeszcze, czy aby na pewno chodzi o tę tubylczą łódź. Pytamy o cenę. Dwa tysiące szylingów za godzinny rejs, to około sześćdziesiąt złotych. Cena jest całkiem do przyjęcia, więc targujemy się bez przekonania. Tu jednak targować trzeba się zawsze, bo przyjęcie ceny wywoławczej uchodzi za wyniosłe i ogólnie podejrzane. Ostatecznie płyniemy za półtora tysiąca.

Idziemy się przebrać – na wszelki wypadek zostawić paszporty i co tam jeszcze mamy, zabierając ze sobą jedynie aparat fotograficzny i uzgodnioną kwotę szylingów. Odprowadzają nas w kierunku hotelu, karnie jednak zatrzymując się w kilkunastometrowej odległości – dalej im już nie wolno, co w razie konieczności stanowczo wyegzekwuje hotelowa ochrona.

Wracamy po kilkunastu minutach. Ngalawa już na nas czeka. Dwóch ludzi krząta się i klaruję ją do pływania. Płacimy, wsiadamy, odpływamy. Pierwsze wrażenie: łódź jest bardzo szybka – pomimo masywnego kadłuba wydłubanego z pnia i podwyższonego półtoracalowymi burtami z desek. Halsujemy się pod dość silny tego dnia pasat. Do obsługi ngalawy służą jedynie trzy liny: fał, którym wciągany jest trójkątny żagiel i który pełni potem rolę achtersztagu, pojedynczy szot, który przekładany jest po zwrocie na przeciwległą burtę, wreszcie rodzaj pojedynczej wanty (przepraszam Krzyśka i Roberta za moją ignorancję w oryginalnym nazewnictwie), która po każdym zwrocie mocowana jest po nawietrznej i której trzyma się „balanceman” – jak go tu nazywają. Na ngalawie wykonuje się tylko zwroty przez rufę. Pytam o możliwość zrobienia zwrotu przez sztag, ale oni nie bardzo rozumieją problem – tutaj tak się pływa i tyle. Na tych zwrotach przez rufę traci się jednak sporo wysokości. Łódź nie płynie również zbyt ostro. Myślę sobie, że gdyby poprowadzić szot pod mniejszym kątem byłoby znacznie lepiej, ale nie dzielę się tym spostrzeżeniem. Nie chcę pogłębiać panującego powszechnie w Afryce stereotypu białego człowieka – wyniosłego i przemądrzałego.

Pytam sternika o nazwy poszczególnych części łodzi i takielunku. Z angielskimi terminami ma wyraźny problem, w suahili zresztą także. Często pyta tego drugiego, który cały czas balastuje. Tamten zawsze zna odpowiedź. Jest starszy i wyraźnie bardziej doświadczony, ale nie mówi po angielsku. Obaj należą do jednej rodziny, chociaż łódź nie jest ich własnością. Łódź jest zresztą stosunkowo nowa – ma za sobą cztery sezony pływania.

Wreszcie następuje oczekiwana od początku chwila. Dostaję propozycję posterowania. Ngalawę prowadzi się bardzo dobrze. Pomimo mało smukłego steru jest zadawalająco sterowna i przyjemnie, lekko nawietrzna. Umówiona godzina pływania dobiega szybko końca. Dopływam do brzegu, oni klarują żagle. Żegnamy się, jak zawsze w Afryce, w serdecznej atmosferze. Ach!… Co tam lwy i żyrafy na safari, teraz dopiero będzie się czym pochwalić po powrocie do domu!

Tags: jachty drewniane, jachty z drewna, ngalawa

Category: Na wiatr, Spis treści

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates