moja łódka – czyli zwierzeń szaleńca c.d. część 26

Czas na finał. Każda historia, choćby taka długa i pokręcona, jak moja, musi się jakoś zakończyć. Gdybym był pisarzem, mógłbym sam zdecydować, jak zakończyć tę historię, aby wywrzeć największe wrażenie na czytelnikach. Jestem pewien, że w powieści kadłub mojej łódki przełamałby się na pół podczas wodowania. Albo łódka po zwodowaniu stanęłaby dęba i jak Titanic powoli pogrążyłaby się w odmętach… Albo… Dosyć fantazjowania. W końcu to nie nowela, tylko samo życie. Finał będzie więc tylko kolejną relacją faktycznych wydarzeń.

Ostatnie trzy tygodnie były prawdziwym wyścigiem z czasem. Wszyscy dookoła już pływają, szacowne szefostwo zaczyna już znacząco chrząkać pytając o datę opuszczenia firmy, a debety na koncie osiągają już poziomy, których nawet przyszła Matka Chrzestna mojej łódki nigdy nie zdołała przekroczyć. Skutkuje to serią cięć. Rezygnuję z WC (miałem tego wkrótce gorzko pożałować), instalacji wodnej (zastąpiona 5-litrowymi butlami), solarów (zastąpione prostownikiem), UKF-ki (zastąpiona komórką), drugiej warstwy antyporostówki (dobrze, że nie zrezygnowałem z pierwszej). Zrezygnowałem też z czasu potrzebnego na dopieszczenie wnętrza, szafek, drzwiczek, itp. Przez to łódka jest dosyć surowa w środku. Ma tam jednak wszystko, co potrzebne do życia, czyli kuchenkę, stolik i materace do spania. A reszta? Zobaczymy. Jeżeli uznam, że warto, pobawię się zimą w dopieszczanie wnętrza. Jeżeli nie – tak już zostanie.

Można by rzec, że łódka gotowa, czas na wodę, szpeje do środka i wio!Widząc jednak oczami wyobraźni wszystkie te fantastyczne scenariusze katastrofy przy wodowaniu zdobyłem się na wyjątkowo (jak na mnie) dużą dozę ostrożności w kwestii prób. W końcu jest to prototyp do kwadratu! Skorzystałem więc najpierw z firmowego basenu i postawiłem na wodzie goły kadłub, bez masztu. Zamocowałem tylko silnik, żeby wymogom gwarancji stało się zadość (docieranie), a także aby mieć lepszy obraz zrównoważenia wzdłużnego. Moment opuszczania łódki do wody to naprawdę niesamowite napięcie. I, nie uwierzycie – usiadła idealnie na konstrukcyjnej linii wodnej. Sam nie chciałem w to wierzyć, tym bardziej, że łódka okazała się 100 kilo cięższa, niż zakładał projekt. Silnik też pięknie odpalił, równo pracował. Dodałem jeszcze próbę szczelności poprzez polewanie łódki z góry. Trochę wody wlało się przez szczelinę między suwklapą, a sztorcklapą, ale deszcz raczej pod górę padać nie będzie. Uznałem więc próbę za zakończoną pełnym sukcesem.

Korzystając z faktu, że łódka jest na zewnątrz, postawiliśmy maszt. Rolę stalówek pełniły piękne sznurki od snopowiązałki. Maszt w pionie pozwolił nam na dokładne wymierzenie długości want i sztagów. Po zawalcowaniu na pożyczonym sprzęcie końcówek stalówek maszt stanął po raz pierwszy samodzielnie. Szybko wciągnąłem grota i foka, żeby upewnić się, że moja likszpara jest drożna, a fały nie kleszczą się wewnątrz masztu. I znowu żadnych niespodzianek. Coś za dobrze to idzie… Zgodnie z prawami Murphy’ego szczęście w końcu mnie opuści. Podczas wodowania?

W końcu nadszedł ten dzień, 27 lipca 2010. Łódka została zapakowana na przyczepkę i powiozłem ją do Ustki. Dlaczego tam? Jest tam betonowy slip, którym woduje się mnóstwo małych jednostek. Zakładałem też, że jeżeli coś nie wyjdzie, zawsze mogę poprosić o pomoc dźwig w sąsiedniej stoczni. Na miejscu okazało się, że slip jest mocno zamulony i szanse na to, aby przyczepka wjechała do wody dostatecznie głęboko są prawie żadne. Obawy potwierdził miejscowy bosman, który jako fachowiec uznał, że „to się nie uda”. I kiedy gotowi już byliśmy biegać po dźwig, jak spod ziemi wyrosło czterech jegomościów solidnej postury i oświadczyli, że „za stówę łódka będzie na wodzie”. I była! Co prawda przyczepka faktycznie daleko do wody nie wjechała, ale goście praktycznie przenieśli łódkę na plecach do wody. W pośpiechu i zaaferowaniu nie zdążyliśmy nawet rozbić szampana. Stawiamy maszt, klarujemy się, pamiątkowe zdjęcia i krótka przejażdżka na silniku po redzie. Wspaniałe wrażenia. Kolejna próba zakończona powodzeniem. Tego dnia miałem dwa wzruszające momenty: kiedy małżonka wręczyła mi piękny brelok z sylwetką żaglowca z jednej strony i z myślą św. Augustyna „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą” oraz w chwili, kiedy łódka stała już zacumowana do kei i przechodzący młody człowiek zawołał: „przecież to łódka z Port21!”.

Kolejne dni to kolejne próby. Projektant poradził mi, żebym „nowej, nieopływanej łódki w sztormy nie pchał; ale jak sztorm dopadnie, łódka wytrzyma”. Najpierw były więc pływania na silniku przy wietrze 4-5 B. Dynamiczne uderzenia kadłuba o fale trochę mnie przerażały, ciągle wypatrywałem wody w kadłubie i nasłuchiwałem odgłosów pękającego poszycia lub stępki. Potem przyszedł czas na żagle. Najpierw mały foczek, potem grot na dwóch refach, na jednym… Potem genua i wreszcie spinaker. Wszystko przy umiarkowanych warunkach. Stalówki nie pękają, nie wysuwają się z końcówek, sztagowniki, podwięzie ani drgną.

Pisząc ten tekst miesiąc później, jestem już po kilku weekendach żeglowania. Łódka sprawuje się znakomicie i jestem z niej naprawdę bardzo dumny. Jedyny techniczny faul, który popełniłem, to stójki relingu, które zostały przykręcone wkrętami bezpośrednio do pokładu. Te, na których wiszą odbijacze zostały praktycznie wyłamane. Zimą wzmocnię ich podstawy i zamocuję do burty pod odbojnicą. No i jest jeszcze jeden poważny mankament: łódka nie chce płynąć pod wiatr i pod fale! Z moich dotychczasowych doświadczeń zawsze można się było wyhalsować na pożądany kurs. Pod falę szło to wolniej, ale szło. Tutaj nie ma takiej możliwości. Łódka bajdewindem osiąga prędkości w granicach 5-6 węzłów. Przeciwna fala przy stanie morza 3 i sile wiatru 4-5 B w zasadzie niweczy te osiągi. Wiem już, że nie znajdę na to recepty. Muszę to zaakceptować i pokochać łódkę taką, jaką jest. Zapewniam Was, że nie mam z tym najmniejszych kłopotów.

Tu powinny się pojawić podziękowania. Lista osób, dzięki którym ta łódka powstała jest tak długa, że pozwolę sobie zachować ją w pamięci i w sercu. Chciałbym tylko pogratulować i podziękować konstruktorowi, Januszowi Maderskiemu wspaniałej, przemyślanej i dopracowanej konstrukcji, która z całą pewnością dostarcza satysfakcji wielu szkutnikom i żeglarzom. Podziękowania też Szanownej Redakcji Portu21 za chęć publikacji i fachową pomoc.

Kiedy 6 lat temu zaczynałem budowę i spisywanie swoich relacji, nazwałem je „Zwierzeniami szaleńca”
. Wtedy wydawało mi się, że to trochę na wyrost, trochę wydumane. Z perspektywy wiem, jak bardzo trafny okazał się to tytuł. Byłem szalony, że się na to porwałem. Ale o ileż uboższe byłoby moje życie bez tej odrobiny szaleństwa…

Tags: Janusz Maderski, Zwierzenia szaleńca, budowa jachtu, budowa łodzi, jacht, jacht morski, jachty drewniane, jachty z drewna

Category: Spis treści, Technika, Porady

Komentarze (2)

Trackback URL | Comments RSS Feed

  1. Olek says:

    Gratulacje przede wszytkim! Predkoscia pod fale i wiatr sie nie przejmuj, nasze Salmo 15-s lugger maja kat martwy ok.120° i na otwartym morzu klepua pod fale od 3 do 4 wezlow, ale sa momenty, ze zly uklad kilku kolejno stromych fal przybitych dziobem zwalnia nas do 2,5 wezla. Metoda na to, jesli potrzebujesz gdzies w rozsadnym czasie doplynac jest silnik na wolnych obrotach. Duzo nie przyspjesza ale za to minimalizuje zwalnianie lodzi przy falach, a wiec stabilizuje predkosc do ok. 3,6-3,8 wezla, nie palac przy tym prawie nic.

  2. Piotr says:

    Cenna uwaga, wielkie dzięki ! Na pewno skorzystam !

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates