dwukrotnie na ZAWISZY część 1

| 14/04/2006 | 0 Komentarzy

Autor: Janusz Kajda

Ludziom, którzy całe życie poświęcili harcerskiemu żeglowaniu, a było ich kilku, zawdzięczam, że mogę dziś podzielić się wrażeniami z pływania pod harcerską banderą.

Autor za sterem ZAWISZY

Autor za sterem ZAWISZY

Urodziłem się w Gdańsku. Miałem szczęście, że trafiłem do Technikum Ekonomicznego w Sopocie. Tak się dobrze złożyło, że pracowali w nim nauczyciele, którym chciało się działać społecznie – i to bardzo. Dzięki temu w szkole było wiele różnych kół zainteresowań. Tu też należałem do szczepu “Trzech Srebrnych Strzał”, w którym kontynuowałem swój harcerski żywot, rozpoczęty w Szkole Podstawowej nr 6 w Gdańsku.
Pewnego dnia do technikum przyszli żeglarze i zachęcali do uprawiania turystki pod żaglami. Zaprosili nas także na krótki rejs szalupą w okolicach Górek Wschodnich w Gdańsku. Tak zaczęła się moja przygoda z żeglarstwem, która trwa do dziś.

Początki mojego żeglowania to już dość odległe czasy. Wtedy to harcerze dysponowali flotyllą “Czerwonych Żagli”. Co owa nazwa znaczy, na pewno nie wszyscy wiedzą. Były to jachty wykonane z szalup z polskiego transatlantyka “Batory”, pływającego na linii Gdynia-Nowy Jork. Stawiano na nich właśnie czerwone żagle. Na jednej z tych łodzi, w Harcerskim Ośrodku Morskim w Pucku, zdobyłem stopień żeglarza. Działałem w Harcerskim Zespole Morskim “Wodnik” w Gdańsku-Wrzeszczu. Brałem także udział w spływie żeglarskim z Gdańska do Iławy, zorganizowanym w zawiązku z obchodami 550-lecia bitwy pod Grunwaldem. Trasę pokonaliśmy płynąc szalupami na wiosłach.

W roku 1963 po raz pierwszy trafiłem na pokład ZAWISZY CZARNEGO, który dowodzony był przez komandora Bolesława Romanowskiego, słynnego dowódcę między innymi okrętu podwodnego DZIK, operującego w czasie II wojny światowej na Morzu Śródziemnym. Był pierwszym i ulubionym przez nas harcerzy kapitanem ZAWISZY CZARNEGO. Funkcję pierwszego pełnił Antoni Tyc, gdynianin, oficer słynnego okrętu wojennego GARLAND, działającego w czasie wojny. Żaglowcem dowodziła więc stawka starych matrosów, pod kierunkiem, których pływanie było dużym zaszczytem.

Kapitan Romanowski był bardzo pogodnym człowiekiem o niewyczerpanym humorze, a zarazem wymagającym ładu i porządku. Któregoś dnia rejsu ja i dwóch moich kolegów źle zasłaliśmy koje. Za karę musieliśmy ubrać się w sztormiaki i zrobić kilka okrążeń na saling i z powrotem. To skutecznie oduczyło nas, raz na zawsze, bałaganiarstwa.

Atlantyk – wypoczynek po wachcie

Atlantyk – wypoczynek po wachcie

To była niezapomniana przygoda. Roboty na pokładzie nigdy nie brakowało. Dziś chyba mało kto wie, co to jest “cegiełkowanie”. Otóż drewniany pokład ZAWISZY posypywało się piaskiem. Kilku żeglarzy brało cegły w ręce i posuwistym ruchem przesuwało po piachu, który później był zmywany wodą. Był to codzienny rytuał. Przez kilka dni przed końcem rejsu “upiekła” mi się ta robota, gdyż zostałem stewardem w mesie stałej załogi. Praca ta, jest trochę inna, niż w lądowej restauracji. Czasem kiwało i trzeba wtedy wiedzieć, jak ustawić naczynia na chyboczącym się stole. Otóż trzeba na stół położyć zmoczony wodą obrus. To doświadczenie przydało się, jak się okazało w kolejnych rejsach.

Na ZAWISZY żeglowały ładne dziewczęta. Drugi na trapie bosman – Ryszard Muzaj

Na ZAWISZY żeglowały ładne dziewczęta. Drugi na trapie bosman – Ryszard Muzaj

Ten pierwszy bałtycki rejs zaważył na moim stylu życia, które w taki czy inny sposób jest związane z morzem. Tak się złożyło, że żeglarstwo stało się namiastką realizacji moich marzeń o pływaniu po morzach i oceanach świata. Nigdy ani przez myśl mi nie przeszło, że po 21 latach dane mi będzie na powrót żeglować na ZAWISZY CZARNYM, który brał udział w obchodach 450-lecia odkrycia Kanady. Rejs składał się z trzech etapów. Pierwszy odbywał się w ramach “Operation Sail” i wiódł z Saint-Malo we Francji przez Wyspy Kanaryjskie, Bermudy do Halifaxu, drugi po Wielkich Jeziorach, a trzeci z Montrealu do Gdyni. Zapragnąłem wziąć udział w tym ostatnim, który trwał dwa miesiące. Udało się. Zostałem zakwalifikowany. Spełniło się moje marzenie o odbyciu długiego rejsu. Kiedyś chciałem być marynarzem. Wiele czynników złożyło się na to, że nim nie zostałem. Rejs ZAWISZĄ dał mi możliwość sprawdzenia czy nadawałabym się do tego zawodu.

To było niebywałe przeżycie. Pierwszy raz leciałem samolotem na tak dużą odległość – 8 tysięcy kilometrów z Warszawy do Montrealu. Przez okienko Iła z zaciekawieniem obserwowałem w wodach Basenu Labradorskiego pływające góry lodowe, wyglądające jak małe białe pudełeczka, początki Grenladii, bezmiar kanadyjskich lasów, jezior i rzek. Będąc już w Montrealu po raz pierwszy zobaczyłem ogromne wieżowce, szokowała mnie mnogość towarów na pólkach sklepowych. Ze zdziwieniem patrzyłem na witrynę sklepu z samymi latawcami. To był inny świat od tego, z którego przybyliśmy do Kanady.

Lekarz okrętowy oraz I oficer Jan Ludwig (w czapce)

Lekarz okrętowy oraz I oficer Jan Ludwig (w czapce)

Godzina 0500. Port montrealski tonie w ciemnościach. Budzą nas dzwonki na manewry portowe. Na mostku jest już kapitan Jan Sauer i pilot. Ja trafiłem do maszynowni. Przy silniku krzątał się już I mechanik Wiesław Toma i II mechanik Jan Mazurek. Do załoganta w “czołgu” (tak popularnie nazywaliśmy siłownię) należało obserwowanie pracy agregatu prądotwórczego oraz o dbanie o czystość maszynowni. Trudne warunki żeglowania, nie zwalniały załogi od pompowania zęz. Wskazówka telegrafu ustawiła się na – pół naprzód. To oznaczało, że płyniemy już w dół rzeki Św. Wawrzyńca do Trois Rivieres.

Wtedy mieszkał w tym mieście fotoreporter Denis Massicotte, wówczas współpracownik gazety wydawanej w tej aglomeracji – “Nouvelliste”, który uwiecznił na kliszy fotograficznej całą akcję ratowania przez ZAWISZĘ rozbitków z tonącego żaglowca MARQUES. Był to mały przepiękny brytyjski bark, którego dopadła “dziewiąta” fala i w niespełna minutę zatonął w pobliżu Bermudów. Podobnie jak ZAWISZA brał udział w “Operacji Żagiel 84” Za ten wyczyn załodze naszego żaglowca podziękowania złożył osobiście ówczesny premier Kanady Pierre Trudeau. Za tę wspaniałą akcję ratowniczą przyznano “Srebrny Sekstant”, a wyróżnienie honorowe “Głosu Wybrzeża” (już nie wychodzi) otrzymał kpt. J. Sauer.

Montreal, w głębi ZAWISZA

Montreal, w głębi ZAWISZA

fot. archiwum autora

Tags: Zawisza Czarny, żaglowiec

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates