dwóch panów w proa część 5

| 27/09/2006 | 0 Komentarzy

The middle of nowhere

Pomyślny wiatr utrzymał się następnego dnia, tyle że znacznie osłabł. Osłabła też fala, nie mieliśmy więc już takich kłopotów ze sterownością jak poprzedniego dnia. Ruszyliśmy w dalszą drogę powoli, ale jak się okazało, skutecznie pokonując kolejne mile.

Niewielka szybkość troszkę nas irytowała. Ten, który siedział na rufie, nie mógł się powstrzymać od wiosłowania. Z początku był to Janusz, później zamieniliśmy się miejscami. Z początku nie rozumiałem jego ochoty do przemęczania się, po chwili jednak sam chwyciłem za pagaj. Pomaganie łódce wiosłem było bardzo przyjemne – nie kosztowało zbyt wiele wysiłku, a zyskiwaliśmy na prędkości dobry węzeł, głównie dzięki dużo płynniejszemu ruchowi na fali.

W pewnym momencie zadzwonił telefon Janusza. Jakaś nie cierpiąca zwłoki sprawa zawodowa… Słyszę jak mówi do rozmówcy po angielsku:
-I’ll call you later. Now I am in the middle of nowhere!
To było doskonałe określenie na naszą leniwą żeglugę. Byliśmy IN THE MIDDLE OF NOWHERE.
Kilkoma halsami obeszliśmy port w Darłówku. Za falochronem wiatr troszkę się rozdmuchał, wiosłowanie przestało być potrzebne.
-Zatrzymujemy się na obiad?
-E, płyńmy dalej. Może w Jarosławcu?…

Nie zbliżając się więc zanadto do brzegu, wzięliśmy kurs bezpośrednio na cypel w Jarosławcu. Nauczeni doświadczeniem, opłynęliśmy go w przyzwoitej odległości od umacniających brzeg gwiazdobloków. Za cyplem dialog się powtórzył:

-Zatrzymujemy się na obiad?
-E, płyńmy dalej. Może zjemy herbatniki?…
Przejąłem szot, Janusz położył się na pomoście i wydostał paczkę ciasteczek z torby z zapasami. Po chwili byliśmy już pokrzepieni i gotowi do dalszej żeglugi. Na słabnącym wietrze ciągnęliśmy w stronę Ustki. Ten etap musieliśmy pokonać bez przystanków, gdyż poligon wojskowy – chociaż otwarty dla żeglugi przez cały lipiec – nie stanowił zachęcającego miejsca do lądowania. Spojrzeliśmy na mapę – przed Ustką brzeg wyginał się na kształt płytkiej zatoczki. Istotnie, plaża oddalała się wklęsłym łukiem, a na horyzoncie majaczył ląd. Popłynęliśmy więc po cięciwie, osiągając (albo i przekraczając) przepisową granicę 2 mil.

W głębi zatoki dostrzegliśmy żagiel. Czyżby ktoś jeszcze oprócz nas bawił się w żeglugę plażową? Skręciliśmy nieco w kierunku brzegu, minęliśmy jacht dosyć blisko. To nie była plażowa łupinka, tylko całkiem spora i bardzo ładna łódź, najwyraźniej z drewna i sklejki. Pomachaliśmy, pochwaliliśmy ich ładny wygląd i skręciliśmy w swoją stronę, zastanawiając przez chwilę, skąd i dokąd płyną o tej porze, tak blisko brzegu.

Byliśmy gdzieś w połowie zatoki, kiedy nadszedł wieczór i wiatr zdechł zupełnie. Trudno, nie było sensu ciągnąć dalej. Na plaży niemal naprzeciwko zauważyliśmy jakieś budki, dalej większe zabudowania, coś dużego i czerwonego… wyglądało to dość cywilnie, postanowiliśmy więc dobić tam do brzegu. Płyniemy na pagajach, obaj dosyć zmęczeni i trochę przegrzani po całym dniu na wodzie i słońcu. Minęła chyba godzina, zanim dobiliśmy do plaży. Do plaży tuż obok główek portu. Do plaży obok portu w Ustce…

Wystarczyło bardziej krytycznie popatrzeć na mapę, żeby zobaczyć, że zatoczka ciągnie się dalej aż do Rowów, na które właśnie, przybliżone przez refrakcję, kierowaliśmy się. Cóż, nie popisaliśmy się jako nawigatorzy. Dobrze że Duch Proa uciszył wiatr we właściwym momencie. Tak czy inaczej, przebyliśmy dobre 60 kilometrów. Jeszcze dwa takie dni i dotrzemy na Hel – ta myśl kołatała nam się obu po głowach, ale żaden z nas nie śmiał wypowiedzieć jej głośno.

Fot. Krzysztof Mnich

 

Tags: jachty drewniane, jachty z drewna, proa, wielokadłubowce, wybrzeże Bałtyku

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates