dwóch panów w proa część 2

| 09/08/2006 | 0 Komentarzy

Rafy, plaże i wahiny

Rano po chmurach nie zostało ani śladu, morze było zupełnie gładkie i wiał słabiutki wiaterek z pełnego baksztagu. Idealna pogoda na pierwszy dłuższy przelot! Prowadziliśmy łódkę wzdłuż brzegu, tuż za granicą rew, a czasami wręcz pomiędzy dwiema rewami. Omijaliśmy kąpieliska niedaleko za linią bojek, machaliśmy plażowiczom i (szczególnie) plażowiczkom.

Na obiad zatrzymaliśmy się w Dziwnowie. Dobytek pozostał pod opieką ludzi na plaży, my zaś zrobiliśmy zakupy (wśród nich kilo czereśni i 3 litry maślanki na kolację, a także nieodzowny krem z filtrem przeciwsłonecznym) i przekąsiliśmy małe conieco. Zamieniliśmy też parę słów z kajakarzami, których “okręty” stały tuż obok. Byli to jedyni na całej trasie ludzie, poza nami, uprawiający żeglugę plażową.

Po południu ruszyliśmy w dalszą drogę, minęliśmy długą plażę w Pobierowie i zbliżyliśmy się do klifów Trzęsacza. Nigdy nie byłem w tej miejscowości, znałem tylko z opisów ruiny tutejszego kościoła, podmytego przez morze. Warto byłoby je obejrzeć, dopóki coś jeszcze zostało. Zdawaliśmy sobie sprawę, że u stóp klifu może leżeć sporo niebezpiecznych kamieni, a nawet fragmentów muru z podmytych budynków.

Patrzyliśmy więc uważnie przed siebie i w dół, nie widzieliśmy jednak nic podejrzanego. Ładna, piaszczysta plaża, czyste, gładkie dno. Bez przeszkód przybiliśmy do brzegu, wciągnęliśmy PJOA na piasek. Rzut oka za rufę – i włos nam się zjeżył. Tuż przy brzegu, na naszym kursie, fale omywały dwumetrowej wielkości kamień. Musieliśmy przepłynąć nad nim “okrakiem”, biorąc go między kadłub a pływak. Obok z prawej dwa jeszcze większe głazy, całkiem sporo wystające nad powierzchnię wody, z lewej dno pokryte kamieniami nieco mniejszymi, ale równie nieprzyjemnymi dla naszego poszycia. Jakim cudem przeszliśmy miedzy tymi wszystkimi przeszkodami, nawet ich nie zauważając? – musiał tu zadziałać Duch Proa. W każdym razie obiecaliśmy sobie nie podchodzić więcej do takich “podejrzanych” miejsc.

Po chwili podszedł do nas ratownik.
-Panowie przepłynęli za blisko kąpieliska strzeżonego.
-A w jakiej odległości powinniśmy przepływać?
-200 metrów. Tyle obowiązuje motorówki i skutery wodne. A potem ominęli panowie kąpiącego się człowieka. Panowie go widzieli?
-Oczywiście żeśmy go widzieli, dlatego go ominęliśmy!
Pouczenie przyjęliśmy do wiadomości, choć nie wiem, czy potraktowanie jak skuter wodny było dla PJOA komplementem czy obelgą.
Z kościoła w Trzęsaczu została już tylko jedna ściana. Szkoda, bo sądząc z zachowanych resztek była to ciekawa budowla. Po ostatnim zawaleniu się kolejnego fragmentu murów, umocniono w tym miejscu klif kamiennymi tarasami. Nie wiem, jak długo wytrzyma – już teraz widać, że wzmocniony odcinek utworzył wysunięty cypel, reszta brzegu powoli znika w morzu.

Przed wyruszeniem w dalszą drogę ujrzeliśmy ponownie ratownika. Coś sobie przypomniał:

-A panowie to w ogóle mają jakieś uprawnienia?

Tego było już za wiele. Zamiast patrzeć, czy mu się ktoś nie topi, będzie zajmował się kontrolami, do których nie ma najmniejszego prawa!
-…bo kiedyś paru pijanych gości wywróciło tu motorówkę, trzeba było ich ratować i jeszcze do sądu nas wzywano…
Janusz, powiedziawszy uprzednio co o tym myśli, mignął mu na odczepnego przed oczami patentem. Na przyszłość postanowiliśmy trzymać się wersji, że w myśl postanowień konwencji STCW i SOLAS “statki drewniane o prymitywnej konstrukcji” zwolnione są z wymagań technicznych i tych związanych z kwalifikacjami załogi. Jednak więcej nadgorliwców nie spotkaliśmy aż do Ustki.

Cypel z latarnią w Niechorzu ominęliśmy już w słusznej odległości. Nie tyle ze względu na pretensje ratownika, ile z powodu groźnie szczerzących zęby gwiazdobloków. Za cyplem wiatr osłabł do zera, natomiast pojawiła się spora martwa fala. Zrzuciliśmy więc tłukący się żagiel i powiosłowaliśmy jeszcze kilka kilometrów, żeby zatrzymać się na noc w jakimś bardziej ustronnym miejscu. Zaraz za ośrodkami w Pogorzelicy dostrzegliśmy na plaży stojący namiot. Ktoś obozuje, możemy i my. Trzeba tylko przejść przez przybój… Martwa fala miała około 80 centymetrów wysokości, niekiedy dochodziła do metra. Widocznie chmury burzowe, widziane przez nas poprzedniego dnia, rozhuśtały morze gdzieś na północy. Z lekka tremą powiosłowaliśmy w stronę plaży, w poprzek załamujących się na płyciznach fal.

Poczułem, jak rufa proa unosi się do góry, a łódź nabiera prędkości. Po chwili jednak grzbiet fali dogonił nas.
-Wiosłuj, wiosłuj! – usłyszałem wołanie Janusza zza pleców. Łatwo powiedzieć – od dziobu do powierzchni wody było w tym momencie dobre półtora metra, zbyt daleko, aby sięgnąć wiosłem. Kadłub lekko obrócił się, tak że następna fala podbiła najpierw pływak. Nic groźnego – zjeżdżający w dół pływak skierował nas ponownie rufą do fali, znowu przyśpieszyliśmy, przez chwilę przytarliśmy dnem o piasek… i już byliśmy za rewą. Jeszcze chwila wiosłowania, następna fala wyniosła nas na samą plażę. Nie darowałem sobie – odczekałem, aż woda się cofnie i wyszedłem na piasek suchą nogą. Był to oczywiście gest czysto symboliczny, zaraz trzeba było wejść do morza z powrotem i wyciągnąć łódź na plażę. Okazało się, że ostatnia fala zostawiła nam w środku parę litrów wody. Innych strat nie było, PJOA udowodnił, że potrafi bez trudu przejść przez przybój.

fot. Krzysztof Mnich

Tags: jachty drewniane, jachty z drewna, proa, wielokadłubowce, wybrzeże Bałtyku

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates