Dwaj panowie w proa płyną dalej – część 6

| 07/11/2007 | 0 Komentarzy

Łódka z krainy Oz

W Górkach Zachodnich zakończyliśmy nasz rejs wzdłuż polskiego wybrzeża. Pierwszy, zeszłoroczny etap był cudowną, wakacyjną przygodą. Tegoroczny stanowił kawał rzetelnej, żeglarskiej roboty. Może dobrze się stało, że pogoda nie dopisała tym razem tak dobrze jak poprzednio: przekonaliśmy się, że zarówno nasza łódź jak i sama idea żeglugi plażowej sprawdza się nie tylko w idealnych warunkach.

Pozostało nam do zagospodarowania niedzielne przedpołudnie – nie darowaliśmy sobie pokazania Stefanowi specyfiki pływania na proa. Najpierw kilka halsów na rozlewisku, sterowanie wyważeniem i żaglem na różnych kursach, bez użycia wiosła sterowego. Później przeszliśmy kanał portowy i wydostaliśmy się na zatokę. Jeszcze na osłoniętych wodach przyszedł szkwał. Łódka przyśpieszyła, pływak uniósł się do góry na dobre pół metra. Zdążyłem przesiąść się na następną ławeczkę, ale i tak trzeba było poluzować nieco szot. Pływak posłusznie opadł – ale w końcu także sobie trochę polatał.

Za główkami wysztrandowaliśmy na plaży. Spacerująca obok rodzina była zachwycona, żeńska część została ubrana w stroje organizacyjne (czyli spódniczki z pasków zielonego materiału) i odtańczyła na pokładzie zaimprowizowany taniec hula. Jeszcze długo po odpłynięciu żegnały nas okrzyki Aloha!

W drodze powrotnej, na leciutkim wietrze i gładkiej wodzie w portowym kanale, wypróbowaliśmy samosterowność proa. Cała załoga rozłożyła się leniwie na pokładzie, wiosło sterowe schowane głęboko, szot wprawdzie nie w knadze, ale przydepnięty do burty. Łódka idealnie trzymała bajdewindowy kurs, reagując na drobne odkrętki wiatru. Stefan był zaskoczony:

– Mówiliście o samosterowności proa, ale brałem to za “morskie opowieści”.
Ta łódka jest naprawdę magiczna! Łódka z krainy Oz!

Co zrobić, żeby wyslipować morski jacht na brzeg? Ależ nic prostszego: trzech chłopa łapie za kadłub i podnosi go na keję. Potem można odwiązać pływak, załadować wszystko na przyczepkę i ruszyć z powrotem. Do domu, do pracy, do codziennej monotonii z daleka od plaż, wiatru i morza…

Na morzu spędziliśmy w tym roku 22 godziny, przepływając łącznie 90 mil. Średnia prędkość wynosiła więc 4 węzły – może niewiele jak na szybki wielokadłubowiec, ale całkiem wystarczająco w nieśpiesznej turystyce. Co ciekawe, rok temu przeciętna prędkość była z dużą dokładnością taka sama mimo zupełnie innych warunków pogodowych.

Warunki te były zdecydowanie trudniejsze niż poprzednio, jednak okazało się, że zarówno konstrukcja proa jak i sposób żeglugi blisko plaży pozwalają na ich dobre wykorzystanie. Dla przykładu – Waldek “Trzy Sztagi” na swoim 5,5-metrowym PIPie, specjalnie przystosowanym do morskiej żeglugi, nie zdołał w ciągu tego tygodnia wyruszyć z Ustki na Bornholm. Byłoby to zbyt ryzykowne przy niestabilnej pogodzie. Mając komfortową możliwość błyskawicznej ucieczki do brzegu, mogliśmy w tym czasie dotrzeć do Górek Zachodnich.

PJOA sprawdziło się nie gorzej niż rok temu – a nawet lepiej, bo załoga miała więcej wprawy w posługiwaniu się nim. Cały nasz dobytek dowieźliśmy do celu sucho i bez narażania na niebezpieczeństwo. Wiele nowego nauczył nas żagiel, zwłaszcza jeśli chodzi o pracę gejtawami: refowanie “na rzodkiewkę”, zmiana profilu w celu odpadnięcia od wiatru czy utrzymywanie gładkiego opływu na fali, były bardzo pożytecznymi doświadczeniami. Natomiast po raz kolejny okazało się, że refowanie “kleszczy kraba” nie jest dobrym pomysłem.

Końcową próbę dzielności PJOA stanowił przelot z Helu do Górek. Łódka zdała egzamin doskonale – tak dobrze, że jej załoga mogła sobie pozwolić na pewną niefrasobliwość we wpływaniu pod chmury burzowe. Nie znaczy to, że nasza taktyka jest godna polecenia – mogliśmy z powodzeniem płynąć spokojniej i bezstresowo, przybywając do celu – jak Stefan – zaledwie godzinę później. To również dobra nauczka, ponownie przypominająca o tym, że warto patrzeć w niebo i przewidywać zmiany w pogodzie. Niemniej, prognozy, przesyłane nam przez Roberta Hoffmana (podziękowania!) w tym roku sprawdzały się bardzo dobrze i niezwykle pomogły w planowaniu poszczególnych etapów rejsu.

Polskie wybrzeże jest piękne – aż szkoda, że w tak niewielu miejscach zatrzymywaliśmy się, że tak mało czasu poświęcaliśmy na zwiedzanie ciekawych miejsc. Przydałoby się więcej niż tydzień urlopu… i więcej łódek do towarzystwa. Nieco mniej piękna jest nadbrzeżna cywilizacja – zeszłoroczna decyzja, żeby obozować na jej skraju, w okolicach niewielkich miejscowości wypoczynkowych, była ze wszech miar słuszna. Doświadczenia z Łeby i zasłyszane wieści z Ustki zniechęcają raczej do odwiedzania plaż w większych miastach. W takich miejscowościach lepiej zatrzymać się w porcie jachtowym – jak w Helu. Dodatkową zaletą są sanitariaty i prysznice – w tym roku zimna woda w Bałtyku zupełnie nie zachęcała do kąpieli.

Co dalej? Nowe, większe proa, pozwalające na wygodniejszą żeglugę w trudniejszych warunkach, wyposażone w kabinkę dla załogi. Nowe działania, propagujące małą żeglugę po polskim morzu. I nowe rejsy – bo tyle jeszcze ciekawych miejsc do zobaczenia!

Fot. Janusz Ostrowski, Mieczysław Szweda, Krzysztof Mnich

 

Tags: jacht morski, jachty drewniane, proa, rejs, wielokadłubowce, wybrzeże Bałtyku

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates