Dwaj panowie w proa płyną dalej – część 4

| 05/11/2007 | 0 Komentarzy

Zmienne wiatry

Na niebie nadal cumulusy, wiatr bez zmian – piątka z zachodu. Piasek w zębach, w oczach, w ubraniach i śpiworach, wszędzie. Żegnamy Dębki, ruszamy w dalszą drogę, jeżeli się uda to do Helu, gdzie czeka na nas Stefan Ekner ze swoją łódką.

Prognozy, nadsyłane przez niezawodnego Roberta Hoffmana, przewidują za kilka godzin osłabnięcie wiatru do 2 m/s, a potem zmianę kierunku o 180 stopni. Dziwne – na niebie nie widać oznak takiej zmiany. Przygotowujemy się na warunki podobne jak poprzedniego dnia. Niepokoił nas łopot liku żagla – może zarefowany będzie mniej trzepotał? Zakładamy więc pracowicie refy, stanowiące nasz europejski dodatek do tradycyjnego polinezyjskiego ożaglowania. Próba postawienia żagla – z wysoko uniesionym, prawie pionowym bomem wpada w dzikie oscylacje, uspokaja się dopiero po lekkim wybraniu szota. Trudno, płyniemy.

Chwila “na siusiu” dała mi czas do namysłu. Jak zrobić zwrot pod tak trzepoczącym żaglem? Jak zrównoważyć żaglowo łódź? Jak utrzymać kurs w stronę brzegu, jeżeli zajdzie konieczność ucieczki na ląd? W końcu na pełnym żaglu w takich warunkach już pływaliśmy rok temu, z wiatrem umiemy żeglować “na rzodkiewkę”… czy nie lepiej zrezygnować z refów? Po powrocie oświadczam:

– Wiesz, intuicyjnie nie podoba mi się to refowanie. Na pełnym żaglu będziemy mieli chyba większe pole manewru.

Janusz miał w tym samym czasie identyczne przemyślenia.
Zdjęcie sejzingów trwało może dwie minuty. Potem już bez dalszych dywagacji ruszyliśmy w morze. Płynęliśmy oczywiście pod żaglem zwiniętym “w rzodkiewkę”, robiąc bez trudu 4-5 węzłów. Sterował tym razem Janusz, przy fali wysokiej na 1,2 m żeglowaliśmy sucho i pewnie. Mijaliśmy zatłoczone plaże w Karwii, potem zbliżyliśmy się do tarasów Jastrzębiej Góry.
Trochę obawiałem się “polskiego Hornu” czyli Rozewia, którego kamienie i gwiazdobloki pamiętałem z dzieciństwa. Nie byłem też pewien, czy uda nam się utrzymać bez żagli kurs wzdłuż mierzei helskiej przy wietrze odpychającym od lądu. Z rozmyślań wyrwał mnie widok falochronu, wyłaniającego się zza niedużego cypelka. To było Władysławowo – właśnie minęliśmy “groźne” Rozewie i bez trudu ciągnęliśmy dalej wzdłuż brzegu. Kiedy mijaliśmy port, spomiędzy główek wyszedł jacht, jakaś duża Mantra albo Delphia. Pod genuą i zarefowanym grotem oddalali się szybko od brzegu – nie wykluczaliśmy jednak, że oni także kierują się na Hel.

Obserwowaliśmy ich przez dłuższy czas – o dziwo, kąt namiaru nie zmieniał się. Prędkość jachtu w kierunku z wiatrem była taka jak nasza – tyle że myśmy mieli zwinięty żagiel! Kolejny jacht wyszedł z portu nieco później, kierując się wprost za nami. Ten został daleko w tyle…
Żałowaliśmy straconych na początku dwóch dni – miło byłoby wysztrandować w Chałupach i spotkać Aleksandra Celarka, zawsze zainteresowanego tradycyjnymi łodziami. Jednak czas uciekał, Stefan czekał w Helu, w dodatku wiatr zaczął nieco słabnąć. Przed południem naśmiewaliśmy się z nietrafionych – jak nam się wydawało – prognoz. He he he, dwa metry na sekundę, hi hi, południowy wschód! Teraz okazywało się, że rzeczywiście wieje coraz słabiej. Po chwili rozwinęliśmy żagiel, aby utrzymać prędkość 4 węzłów.

Na wysokości Jastarni wiatr zdechł zupełnie. Nie pozostało nic innego jak zwinąć żagiel (ponownie “w rzodkiewkę”) i wziąć się do wioseł. Na pagajach dotarliśmy mniej więcej do Juraty, gdy poczuliśmy wyraźny podmuch. Oczywiście – z południowego wschodu, całkowicie zgodnie z prognozą. I całkowicie “w mordę”.

Halsówka wokół Helu, przy dość słabym wietrze i sporej martwej fali, dłużyła się bez końca. Każdy hals, nabierający wysokości, łudził nadzieją, że już następny wyprowadzi nas poza półwysep. I tak przez kilkanaście halsów… W międzyczasie doszły nas jachty, które widzieliśmy we Władysławowie – oba po prostu uruchomiły silniki. W końcu Janusz wziął sprawy w swoje ręce i również “uruchomił silnik”. Na pagaju, przy żaglu wybranym niemal do diametralnej (o ile proa takową posiada) udało się w końcu minąć cypel. Na ominięcie (pustego) kąpieliska nie starczyło nam już wysokości, przemknęliśmy miedzy czerwonymi a żółtymi bojkami.

Na główce falochronu stał już Stefan, zapraszając do portu. Wożący wczasowiczów kuter CAPT. MORGAN zaofiarował nam miejsce przy swojej burcie, woleliśmy jednak postój w marinie. Oryginalność PJOA została tam doceniona zniżką w opłacie portowej, a załoga zyskała przyjazny “hotel” na 5-metrowym RAGTIME’ie Stefana. Osiągnęliśmy nasz cel, nazajutrz pozostało nam już tylko efektownie zakończyć rejs.

Fot. archiwum autora

Tags: akwen, jacht morski, jachty drewniane, proa, rejs, wielokadłubowce, wybrzeże Bałtyku

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates