Bałtycka Polinezja część 1

| 24/07/2012 | 0 Komentarzy

Powitanie

Około dziewiątej rano, obładowany bagażami, wysiadłem z busika w Mielnie. Miałem dość mgliste pojęcie, gdzie powinienem się kierować, wiedziałem jednak, że przystań nie powinna być daleko. Zarzuciłem więc torbę na ramię i ruszyłem główną ulicą w stronę Unieścia.

Torba była niewytłumaczalnie ciężka – wszak chciałem zabrać tylko kilka niezbędnych ciuchów na dwudniowy wypad, plus kamizelkę ratunkową na wszelki wypadek. W poprzednich latach taszczyłem ze sobą tony materiałów i narzędzi, jednak tegoroczny zlot – już trzeci ogólnopolski zlot proa – miał być imprezą bezstresową i bez prac warsztatowych. Wyszło oczywiście jak zwykle… albo i bardziej.

Mimo wszelkich przewidywań, dotyczących braku prac warsztatowych, wrzuciłem do torby kilka szpulek sznurka, kilka małych bloczków, piłkę do metalu i tubę kleju do PCV, a w ręku taszczyłem jeszcze kawał płyty z tego tworzywa. Do tego dwie kamizelki, zabrane w ostatniej chwili sandały… po przejściu kilometra z całym majdanem z dużą ulgą dostrzegłem znajomą postać – Janek, zwany Wikingiem, szykował właśnie swój stateczek do codziennych rejsów po jeziorze. Janek zaofiarował mi transport swoją motorówką – tym sposobem byłem jednym z dwóch uczestników zlotu, którzy dotarli na miejsce wodą.

Właściwego pomostu nie dało się pomylić z żadnym innym – stały przy nim proa.

Wikiwiki

Pierwsza wizytówka zlotu cumowała jednak przy innym, wcześniejszym pomoście. Poznałem ją od razu, mimo nowego żagla w odblaskowo pomarańczowym kolorze. W końcu sam budowałem Wikiwiki przed pokazem na Dniach Morza w Szczecinie – już 3 lata temu… Od tego czasu łódka tułała się po różnych miejscach. Najpierw stała przez rok w szczecińskim klubie, gdzie nikt nie był zainteresowany jej użytkowaniem, potem znalazła użytkownika – Andrzeja, który nauczył się nią doskonale posługiwać i wziął udział w pierwszym zlocie proa. Następny rok Wikiwiki spędziła nad Jamnem, gdzie jej nowi opiekunowie obiecywali wiele pływania z młodzieżą. Skończyło się na kompletnej dewastacji “niczyjej” łódki, w następnym sezonie musiałem wymienić wszystkie wiązania, naprawić żagiel, oszlifować cały kadłub szlifierką kątową – tylko grubej, pancernej sklejce zawdzięczał przetrwanie.

Wreszcie Wikiwiki trafiła w ręce Krzyśka Tuza i nareszcie znalazła prawdziwego armatora. To właśnie jemu zawdzięcza nowy żagiel, uszyty przez żaglomistrza w miejsce dawnego, klejonego z plandeki. Jadowicie pomarańczowe “kleszcze kraba”, z wielkim logo firmy turystycznej Krzyśka, stanowią żywą reklamę biura – i reklamę ruchu proa zarazem.

Krzysiek był również organizatorem obecnego zlotu. Natłok pracy na początku wakacji sprawił, że w przeciwieństwie do lat poprzednich nie było tym razem pompy, prasy i oficjeli – za to strzałem w dziesiątkę okazało się miejsce, w jakim się spotkaliśmy.

Klub Politechniki Koszalińskiej okazał się przyjaznym miejscem, którego zadaniem było – jak za “dawnych, dobrych czasów” – ułatwienie entuzjastom żeglarstwa uprawiania swojego hobby. Bez kłopotu udostępniono nam hangar, z warsztatem, toaletą, prysznicem, a nawet niewielkim pomieszczeniem, gdzie można było przenocować. Byłem przed wyjazdem nieco zaniepokojony kwestią noclegu we wczasowej miejscowości w środku sezonu – tymczasem ten problem w ogóle nie istniał!
Wraz z nami z klubu korzystała grupa miejscowych żeglarzy i wszyscy bardzo sobie chwaliliśmy atmosferę i opiekę bosmana.

Krzysiek i Ania pokazali się kilka razy na przystani, przywieźli między innymi brakujące części Nietoperza i Maramara. Niewiele pływali na Wikiwiki w czasie zlotu, jednak – mimo nawału zajęć zawodowych – byli “dobrymi duchami” imprezy.

Te puke

Pierwszym, co rzuciło się w oczy przy pomoście klubu Politechniki, była oczywiście wysoko podniesiona kabinka Te puke. Wielki ten okręt, zbudowany na wzór konstrukcji z Wysp Salomona, ma prawie 10 metrów długości. Jego niziutki kadłub ledwie wystaje ponad wodę, tylko pośrodku wznosi się pokaźny “kiosk” z pomostem. Na belkach, łączących kadłub z niedużym pływakiem, umieszczona jest niewielka sklejkowa kabinka. Pod czerwonym żaglem w kształcie “kleszczy kraba” na pięknie wygiętych, bambusowych rejkach, Te puke był flagowym okrętem poprzednich zlotów.

Pływałem kiedyś tym “podwodnym żaglowcem” – wrażenia niesamowite. Mimo, że waży zaledwie kilkaset kilogramów, na jego pokładzie nie ma się wątpliwości, że nie jest to canoe, ani nawet jacht – to jest statek z prawdziwego zdarzenia. Spokojny, stabilny, na którym zupełnie naturalna pozycja załogi jest stojąca i po którego pokładzie można się swobodnie przechadzać. Załoga nawet na jeziorze czuje się jak w dalekiej, oceanicznej podróży…

Tym razem jednak Te puke stał cichutko przy kei, pozbawiony kapitana. Jurek, jego armator, musiał niestety pozostać w Niemczech. Na toliwagę (czyli kapitana) wyznaczył więc Henryka Wolskiego, który postanowił odwiedzić nasz zlot maniaków. Henryk, niestety, musiał wracać już w sobotę wieczorem z powodów rodzinnych.

Następnym, który przymierzał się do popłynięcia, był Grzegorz. Dostawszy telefonicznie zgodę armatora, wsiadł na łódź… to znaczy, próbował wsiąść, co skończyło się przymusową kąpielą. Pokład Te puke jest dość śliski. Wygramoliwszy się na pokład, Grzegorz obejrzał krytycznie pływak, głęboko zanurzony w wodzie (zapewne trochę jej naciekło do środka), bambusowe drzewca i delikatne okucia, po czym poszedł na ląd, żeby się wysuszyć. Nie dziwiłem mu się – szkoda byłoby coś połamać na cudzym statku, z którego obsługą nie ma się zbyt dużej wprawy.

Ostatecznie Te puke pełnił więc ważną rolę reprezentacyjną – stał i wyglądał dostojnie. Wcześniej jednak, przed moim przyjazdem, był bohaterem zabawnej historii. W piątek wieczorem ktoś zaalarmował towarzystwo wieścią, że PROA TONIE!
-Które?
-To wielkie, z kabinką! Już prawie jest na dnie!
Kilka osób zerwało się od stołu, popędzili na nabrzeże – faktycznie, pływak Te puke z tajemniczych powodów poszedł pod wodę. Po chwili jednak rzecz się wyjaśniła: z kabinki wygramolił się Andrzej i jego dziewczyna Pola, lekko zarumieniona… Pływak, rzecz jasna, wynurzył się natychmiast.

Jurek nie był jedynym nieobecnym na zlocie. Nie mógł, niestety, przyjechać Staszek ze swoją malutką, o niecodziennym kształcie kadłuba, Maderką; nie zdążyli zbudować swoich proa Marcin ani Łukasz, zabrakło outriggera Salmo, a może i innych – bo łodzi proa w Polsce ciągle przybywa.

 

 

 

 

 

 

 

Trudno – spotkamy się za rok.

Tavau

Andrzej przyjechał z Polą, ale i ze swoim proa. Jest to bliźniaczka Wikiwiki, nazwana Tavau. To właśnie tę łódkę budowaliśmy w czasie Dni Morza w Szczecinie w 2009 roku. Zabrakło nam wtedy jednego dnia do dokończenia budowy, a kadłub trafił do tego samego klubu co Wikiwiki. Andrzej wykończył go w zeszłym roku, dorobił żagiel i żegluje niestrudzenie w okolicach Szczecina. Największym wyczynem Tavau był powrót drogą morską z zeszłorocznego zlotu nad Jamnem do macierzystego portu.

W sobotę rano Tavau leżała na środku trawiastego placu, pod masztem flagowym.
-Co oni ci zrobili?… – pomyślałem smutno.

Wsporniki pływaka, solidne płyty z piętnastomilimetrowej sklejki, wklejone głęboko w strukturę łódki i połączone na górze potężnymi poprzeczkami, były odłamane u nasady. Stało się to w czasie transportu, nikt nie ma pojęcia, w jaki sposób. Pływak nie opierał się na wspornikach, nic innego też ich nie dotykało, nie były przegniłe (Andrzej musiał się potem mocno namęczyć z odcinaniem wystającego kawałka). Może były nadłamane wcześniej? Może coś w nie jednak uderzyło?…

Jakkolwiek było, Andrzej nie stracił ducha. Za radą, goszczącego na zlocie, Stefana Eknera kupił kawał grubej sklejki, wyciął nowe płyty wsporników, wykonał otwory w pokładzie po wewnętrznej stronie odłamanych części, a następnie wkleił nowe wsporniki na miejsce i zamocował każdy kilkoma wkrętami.

Łatwo powiedzieć – w praktyce praca zajęła cały dzień i pod koniec Andrzej i Pola byli wykończeni. Następnego dnia, w niedzielę, Andrzej dokonał jeszcze kilku poprawek i Tavau została triumfalnie zwodowana. Była to jedna z najpracowitszych łódek na zlocie: żeglował nią Andrzej, żeglowałem ja, zabierając na pokład gościa z Niemiec, wreszcie popłynęła w składzie naszej zlotowej flotylli na Bałtyk. Przez cały czas zachowywała się tak, jak przystało na proa szkolne: posłuszna, łatwa w obsłudze, może niezbyt szybka, ale wybaczająca każdy błąd sternika.

Niepokój budziła tylko niezbyt ostra żegluga na wiatr. Andrzej w ramach upraszczania konstrukcji zrezygnował z dwóch ławeczek, a talię szotów zamocował liną do belek łączących. Takie rozwiązanie dawało duże pole do regulacji – i właśnie okazało się, że trochę trzeba podregulować. Główna ławeczka została więc przywiązana nieco bliżej kadłuba, szoty bardziej ku nawietrznej, maszt można było nieco podnieść poprzez wybranie wanty. Po tych poprawkach Tavau mogła już sprawnie żeglować na wiatr – a przydało jej się to już wkrótce!

Ojtam

Grzegorz jest weteranem zlotów proa. Na pierwszy i drugi z nich przywiózł Guajirę – proa typu Wa’apa projektu znanego amerykańskiego konstruktora Gary’ego Dierkinga. Pierwsza wersja Guajiry miała 5 metrów długości i robiła normalne zwroty, w drugiej wersji Grzegorz dodał dwumetrową sekcję centralną i zmienił układ na mikronezyjskie proa wekslujące.

W tym roku Guajira została uziemiona z bardzo prozaicznego powodu – roboty drogowe odcięły przyczepkę do jej przewozu od szosy. Na szczęście Grzegorz zaczął niedługo przedtem budowę innego dziwnego pływadełka – wiosłowego kajaka hawajskiego według mojego projektu, któremu nadałem roboczą nazwę Ocelot.

Grzegorz regularnie wysyłał mi sprawozdania z budowy, narzekając na konieczność silnego wyginania sklejki, która w żaden sposób nie chciała się ułożyć zgodnie z projektem. Po wielu dniach na przemian nadziei i rozczarowań, Grzegorz przesłał mi wreszcie zdjęcia – i wszystko stało się jasne. Próbował bowiem wygiąć cienką, czteromilimetrową sklejkę w poprzek słojów. Cienka sklejka ma w tym kierunki siedmiokrotnie większą sztywność niż wzdłuż – zobaczywszy to, nie mogłem wyjść z podziwu, że w ogóle udało się ją w jakikolwiek sposób wygiąć.

-Oj tam, oj tam… – skomentował moje uwagi budowniczy.

Niemniej, kadłub wyszedł nieco szerszy i tylko z grubsza przypominał projekt. Jedynie wypukły pokład w części rufowej, wykonany już z prawidłowo ułożonej sklejki, zgadzał się z założeniami. Grzegorz nie zdążył już zbudować docelowego, malutkiego pływaczka. Użył więc sporego pływaka od pierwszej wersji Guajiry, mocując go prowizorycznie do kadłuba. Przywiązanie belek łączących, z użyciem kawałków gałęzi jako końcówek, było wspólną radosną improwizacją. Lubię od czasu do czasu stosować rozwiązania techniczne w stylu McGyvera, w tej konstrukcji były one widoczne na każdym kroku.

-Oj tam, oj tam… ważne żeby dobrze pływało.

Wreszcie łódka spoczęła na wodzie. Grzegorz wsiadł na pokład… i okazało się, że kadłub zanurza się dokładnie do przewidzianej projektem linii wodnej. Całość wyglądała na wodzie jak stary samolot – czyli tak jak oczekiwałem, tworząc projekt. Grzegorz ujął w ręce własnoręcznie wykonane wiosło o potężnym piórze i popłynął na jezioro.

Obserwatorom na brzegu wydawało się, że ma trochę trudności z utrzymaniem kursu. Po powrocie Grzegorz potwierdził to spostrzeżenie. Nic dziwnego – w pośpiechu przed zlotem nie zdążył dorobić przewidzianego projektem statecznika. W jego zastępstwie przywiązaliśmy do mocowań tylnej belki drugie wiosło, piórem wzdłuż osi kadłuba. Kajaczek uzyskał zadowalającą stateczność kursową – aż za dużą, bo długi pływak skutecznie utrudniał wykonywanie skrętów. W tej konfiguracji, z dość dużym pływakiem, łódka aż się prosi o dorobienie masztu i żagla. Grzegorz miał nawet odpowiednie drzewca ze sobą, ale zrezygnował z dalszych eksperymentów – wystarczającą przyjemność sprawiało mu wiosłowanie.

Jak zostało nazwane to cudo? – Nazwa, którą nadał mu Grzegorz, była zupełnie oczywista. Kiedy kajaczek spoczął na wodzie, rozległy się słowa:

-Nadaję ci imię Ojtam.

fot. Krzysztof Mnich, Krzysztof Tuz, Andrzej Książyk

Tags: kleszcze kraba, proa, zlot proa

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates