Spływanie po Sanie część 4

| 10/02/2013 | 0 Komentarzy

Autor: Dariusz Lesiczka

Takoż i powracam w sierpniu łapiąc ostatnią wakacyjną okazję.

-I nie przykrzy się panu samemu, ryb pan nie łapie? – dość typowo dziwi się taksówkarz. I jak tu wytłumaczyć mu w tym zgiełku ulicznym, tak jednym zdaniem, że to właśnie o to chodzi? Schodzę z tobołami nad brzeg, sprawnie pompuję ponton. Widząc kąpiących się ludzi ubieram strój i wchodzę do wody. Nie mogę się oprzeć takiej pokusie: ciepła, płytka (bo ledwie do pasa), czysta – łódka przodem, a ja za nią… Słońce przygrzewa, więc chłodzę się jak najdłużej, aby potem nie skwarzyć się jak na patelni skwarek (to drugi powód, aby pływać wiosną, pierwszy – brak komarów). Za Przemyślem woda jeszcze czysta, ale już górek coraz mniej… Brzegi coraz bardziej upodabniają się do tych dobrze mi znajomych – Sanu z okolic Stalowej Woli. Ale jeszcze zdążę się najeść strachu, na tej już coraz bardziej leniwej rzece… Tymczasem płynę do późna, bo droga daleka, a prąd już nie tak rączy. Na niebie pojedyncze gwiazdki, potem Wielki Wóz, Mały, z Gwiazdą Polarną… Wreszcie, już dobrze po godzinie 22 – istna eksplozja gwiazd – w końcu kiedy, jeśli nie w sierpniu, daleko za miastem? To tu, to tam śmigają meteoryty – właściwie z częstotliwością błyskawic podczas burzy. Problem w tym, ze widać tylko te będące akurat w polu widzenia – na obrócenie głowy zwykle nie wystarcza czasu. Patrząc jak w 2, 3, 4 sekundy przelatują spory fragment nieba jestem pod wrażeniem ich ogromnej prędkości. Bo obserwuję czasem światełko samolotu lub wyraźnie inny, świecący może w słońcu sputnik, który na pokonanie tej samej drogi zużywa co najmniej pół minuty… Czymże jesteśmy wobec potęgi kosmosu, aby próbować podporządkować sobie Naturę? Oj, przydałoby się więcej pokory, a korzyść i nauka byłaby z tego większa…

Wybiła północ, rzeka od dłuższego czasu prawie nie płynie – co się tam znowu kroi? Wreszcie słychać i widać nieco białą pianę, potem majaczy zarys mostu. Podpływam bliżej – prawdziwa kipiel, co gorsza ciemno i nie widać jej końca… Wysiadam z trudem na kamienistym brzegu, idę zbadać teren. Widzę jak spływa w jakąś czeluść, słyszę jak szumi tutaj i tam, na dole; ale na czym się tak kotłuje? Jest późno, na spanie zbyt hałaśliwie, zresztą brzegi nieprzyjazne, a na wodzie niebezpiecznie, wstecznego biegu zaś nie mam… Sprężam się w sobie, staranie się przygotowuję, serce wchodzi na obroty – do boju. Celuję w najszerszą przerwę miedzy głazami, nie większą od pontonu i żywię nadzieję, że ta kaskada na kursie to nie głazy lecz jedynie poderwany do góry pióropusz rozpędzonej wody. Wszystko dzieje się błyskawicznie – nurt wody wciąga mnie – jakbym biegnącemu olbrzymowi podał rękę. Nagle dziób w tym wysokim i długim- 3,5-metrowym pontonie podrzuca, podwija do góry, możne gdzieś na 1,5 metra… Całe szczęście, że nikt tam nie siedzi, jest lekki – a i tak wiadro wody chlusta mi do środka… Potem lekko się prostuje, i pomimo manewrów wiosłami obraca mnie szybko bokiem, akurat tuż przed drugą wielką falą – czas w mojej głowie zwalnia,sekundy rozciągają się w dłuższe chwile, a ja już widzę się “wysypanego” o północy pod mostem, z utopionym wszystkim, co nie ma w sobie powietrza. Przechylam się instynktownie w prawo – ponton waha się jeszcze stojąc bokiem na grzbiecie fali. Wreszcie opada na właściwą,”moją” stronę, obracając się przy okazji dookoła … Pomimo wielkiej radości i sukcesu przecież (do takiej jazdy są specjalne pontony, pływa się w dzień i w kaskach ) -w dupie chlupie… Ale co tam – w końcu jest lato, jutro wyschnę, grunt, że ciągle żyję. Tak oto można się niezłe przejechać w momencie, którego się nie spodziewasz.

Dopływam do Stalowej Woli – parkuje na wielkiej mieliźnie, na plaży. Ludziska siedzą, pies biega, a ja natrafiam na wielką muszlę małża, jakiej w życiu nie znalazłem. Aby było śmieszniej. obok, wymyta wystaje druga – tez wiekowa, wielkości męskiej dłoni. Mnóstwo ciasnych linii, jak poziomice, słoje na przekroju drzewa wskazują, że jest, że była, niewiele młodsza ode mnie… Na brzegach już zmurszała,dalej odcienie brązu, żółci, przechodzą w części najmłodszej w zieleń butelkową. Zabieram te skarby i płynę dalej, na miejsce gdzie – dzięki komórce – córka podstawiła mi samochód. Wszelkie takie wyprawy są teraz o wiele bezpieczniejsze, prostsze – właśnie dzięki osobistym telefonom. Na przykład dopływam do Przemyśla – dzwonie sobie na informacje, o której mam teraz autobus? Spieszyć się, czy jeszcze posiedzieć. Odcinek rzeki ze Stalowej Woli do Wisły płynąłem kilka lat temu – zamyka on cała trasę. Ogólnie jest ciekawy i przyjemny, ale po górnym Sanie trochę nijaki, blady. Silne wrażenie robi jeszcze samo ujście – płyniesz rzeką, która w miarę przebytych kilometrów nabrała sporej szerokości, coś się do niej czasem przyłącza, wpada. Zakręt, prosta i znów zakręt – aż tu nagle wypływasz na pewne rozlewisko – jeszcze szersze. Woda na prawo i lewo po horyzont. Robi to wrażenie, łódeczka jest wtedy śmiesznie mała, z brzegu wygląda to może groźnie. Ale nie w środku – woda niezwykle spokojna, stabilna i przewidywalna, bez kaskad, wąskich przejść i wystających głazów. I choć wydaje się to bardzo niebezpieczne, tak naprawdę to tutaj jest jak w przedszkolu – pływanie łatwe, powolne i przyjemne. Jeśli się nie upijesz, nie zaczniesz wysiadać – nic ci nie grozi… Krokodyli tu nie ma.

Jeśli masz stracha – pamiętaj, że nas przerażają pływające w czółnach dzieci po Amazonce – a dla nich to normalne. Ich natomiast przerażać może nasza „normalność” – pędzące z prędkością 100 m/h samochody, wymijanie się nieraz w odległości mniejszej niż metr…

 

Tags: San, rejs

Category: Spis treści, Na wiatr

Komentarze (0)

Trackback URL | Comments RSS Feed

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates