Z Edkiem i Monique dookoła… cześć 8

…jeszcze nie świata

Dzień siódmy – 6 sierpnia 2011, sobota

Koło północy dostrzegamy znowu jakieś słabe światła. Nie podniecamy się zbytnio po naszych ostatnich przygodach ze światłami. Kiedy jednak w miarę zbliżania się zauważamy, że jedno z tych świateł delikatnie mruga, staje się dla nas natychmiast światełkiem w tunelu. Dobrze by było jeszcze ustalić co to tak mruga.

– Dziwne jakieś. Przerwy raz dłuższe, raz krótsze. Może to nie latarnia ? – nieufnie zapodaje mój kompan.

– Niektóre latarnie tak mają. Moim zdaniem ta ma okres jakieś 15 sekund – udaję znowu, że coś wiem, choć nie wiem absolutnie nic.

Zerkam na mapę. Porównuję dane Darłowa, Jarosławca i Ustki.

–  To może być Darłowo, Edziu. ( Od kiedy to używam określeń, że coś „może być” zamiast „jest”?)

– Nie Ustka?

– No więc raczej, bynajmniej, chyba na pewno, wydaje mi się, że nie.

– Pożyjemy, zobaczymy – filozoficznie, acz chmurnie podsumowuje naszą sytuację mój towarzysz niedoli.

Wraz ze zbliżaniem się do świateł zaczynamy się zastanawiać, czy starczy nam paliwa. Płyniemy już bowiem na silniku prawie 2 godziny i głupio byłoby nam, gdyby nasz dzielny motorek zdechł nagle w główkach jakiegoś pięknego portu dając nam szansę na rozbicie się o główki. Znowu jednak nie możemy z tym zrobić absolutnie nic, bo żagle raczej odpadają z uwagi na kierunek słabego, skądinąd, wiatru. Pozostaje się modlić, ale ten akurat manewr mamy już wyjątkowo dobrze opanowany. Na tyle dobrze, że szczęśliwie dopływamy do redy portu. Chociaż widok tego portu w środku nocy zupełnie nic nam nie mówi, światło latarni morskiej utwierdza nas w przekonaniu, że faktycznie docieramy do Darłówka. Pikanterii dodaje fakt, że iluminacje z pobliskich dyskotek świecące w niebo jak przy nalotach są na tyle silne, że tłumią zupełnie błyski latarni.

– I jak tu człowiek ma nawigować na takie światła? – daje upust swej irytacji moja oaza spokoju – Do d… są te nasze latarnie.

– Mimo wszystko trzeba trzymać fason, Edziu. Zejdź no zapalić nasze światło.

– Ale świeci ! No tak mocno to jeszcze nie świeciło ! – nie może się nadziwić moja załoga.

– Zobaczymy jeszcze jak długo tak poświeci.

Przezornie nie uruchamiamy radia, żeby nie kusić losu. Do wejścia mamy jakiś kwadrans, więc lampa powinna wytrzymać. A radiem nie będziemy budzić bosmana.

Widzimy już główki. Płyniemy wzdłuż brzegu, steruję prosto na zachodnią główkę. Co prawda mapa poleca podejście od północy, ale lekceważę to. Mamy tak małe zanurzenie, że nic nam nie grozi.

– Na Twoim miejscu to bym odszedł bardziej w morze – odzywa się mój oficer nawigacyjny. Od kiedy to wziął się za nawigację?

– Spoko kiecka, Edek, wszystko pod kontrolą.

Kończę wypowiadać tę wiekopomną kwestię, kiedy szorujemy o coś dnem. Łódka na chwilę zwalnia, potem czymś szarpie, by po chwili popłynąć dalej. Za burtą migają nam czarne tyczki rybaków.

– Co za idiota stawia sieci w główkach portu? – teraz ja się irytuję.

– A mówiłem Ci, żeby odejść bardziej w morze – kładzie balsam na moje rany moja wyrocznia.

– Miałeś rację, a co gorsza, zepsuł nam się ster – stwierdzam ponuro.

Faktycznie, rumpel stawia bardzo duży opór, a łódka prawie wcale nie reaguje na wychylenia steru.

– Sieci musiały nam wygiąć płetwę sterową – znowu wraca mi pewność siebie oraz jasność sytuacji – Ale to nic, jesteśmy już w główkach, jakoś się dokulamy, a potem się zobaczy.

Wpływamy do kanału. Sądzimy, że po cichu się prześlizgniemy i przycupniemy gdzieś do rana. Nic bardziej mylnego. Na piętrze Kapitanatu otwiera się okienko i wychyla się postać, wcale nie zaspanego, Bosmana.

– A skąd to dobre wiatry niosą?

– Z Dziwnowa. Chcemy tylko przenocować, a rano płyniemy dalej – tłumaczę powód naszej nocnej wizyty.

– I tak musicie poczekać do pierwszej, bo most zwodzony otwierają o pełnej godzinie. Zaraz za mostem możecie zacumować.

Mamy więc pół godziny. Mimo późnej pory dzwonimy do domów, gdzie i tak nikt, poza psem nie śpi i umawiamy się wstępnie na obiad. Chcemy wyjść o 6, żeby około południa być w Ustce. Sprawdzamy przy okazji ster.

– Trzeba by wejść pod łódkę. Może uda się wyprostować płetwę – rzucam śmiałym pomysłem.

– Ale chyba nie teraz w nocy – studzi mój zapał nasz załogowy mechanik.

– No w sumie możemy z tym poczekać do rana – spolegliwie przyznaję – Ale do Ustki tak raczej nie dopłyniemy.

Punktualnie o 1 most się rozsuwa, przepływamy i cumujemy wzdłuż kanału. Przeżyty cyklon i artyleryjski ostrzał gwarantują nam kamienny sen. Ostatkiem świadomości odbieram sygnał:

– Skoro jesteśmy w Darłowie, to znaczy, że nie byliśmy na poligonie. W takim razie kto do nas strzelał?

Mimo usilnych wysiłków mojego zamierającego rozumku na to pytanie nie udaje mi się już znaleźć sensownej odpowiedzi.

Rankiem czujemy się, jak młode bóstwa. Wyspani, wypoczęci, słoneczko świeci. W dodatku okazuje się, że w nocy od falowania płetwa sterowa sama opadła na swoje miejsce. Sieć musiała ją tylko poderwać. Jeżeli nawet została delikatnie wygięta to na manewrowość łódki nie powinno to mieć wielkiego wpływu. Jesteśmy w doskonałych humorach. W końcu dzisiaj kończy się szczęśliwie nasza przygoda.

– Fajnie, że ćwiczenia się już skończyły – zagajam. – Nie będziemy się musieli tak tłuc naokoło strefy, jak wczoraj, tylko popłyniemy bliziutko wzdłuż brzegu.

– A widzisz, a Ty chciałeś sam z Dziwnowa płynąć. Dopiero byś miał! – śmieje się mój bohater.

O szóstej korzystamy z otwartego mostu i podpływamy pod siedzibę Bosmana. Uśmiechnięty od ucha do ucha idę oddać klucz od prysznica, podziękować i pożegnać się.

– A dokądż to Was niesie dzisiaj?

– A do domu, do Ustki – uśmiech jeszcze mi się poszerza.

– Taaa… A dużo macie pieniędzy? – ni z gruszki, ni z pietruszki rzuca Bosman.

– No nie, ale o co chodzi? – uśmiech nieco mi się zwęża.

– A o to, że są ćwiczenia na poligonie i nie pójdziecie na wschód, chyba, że opłyniecie strefę. A jeżeli wejdziecie w strefę i z Waszego powodu przerwą strzelania, to karę dowalą Wam taką, że się do końca życia nie wypłacicie – po profesorsku wykłada mi Bosman.

– Eeee, Panie Bosmanie, pomyliło się Panu – znowu wraca mi pewność siebie, a z nią szeroki uśmiech – ćwiczenia były wczoraj, skończyły się o 2 w nocy ! – jestem dumny, że mogę w czymś zagiąć bosmana.

– To się tak tylko Panu wydaje – bezczelnie polemizuje ze mną Bosman. – Niech Pan zerknie na to – podaje mi z biurka faks.

„Z uwagi na złe warunki, bla, bla… odwołuje się ćwiczenia 5 sierpnia. Jednocześnie zamyka się dla żeglugi strefę 6 i 6a w dniu 6 sierpnia aż do 2 w nocy 7 sierpnia. Podpisano: dowódca, pułkownik W.”.

Stoję jak słup soli trafiony przez piorun.

– To niemożliwe ! To jest absolutnie niemożliwe! Jeszcze wczoraj o 11 pytałem o poligon w Kołobrzegu. Powiedzieli mi, że dzisiaj strefa jest otwarta ! – upieram się przy swoim. – Jest pan pewien, że to nie pomyłka? – chwytam się brzytwy.

– Proszę Pana, kto tu jest bosmanem, Pan, czy ja ? – retorycznie, acz z lekką nutą irytacji pyta mnie Bosman.

– No Pan, ale ja pytałem o 11 w Kołobrzegu! – z oślim uporem nie daję za wygraną.

– A ja faks dostałem o 15 – spokojnie tłumaczy krowie na rowie Bosman.

I tak oto, bynajmniej nie po raz pierwszy podczas tej wyprawy, muszę przyznać, że nie wiem co robić. Jestem bezradny jak dziecko.

– To co ja mam teraz robić ? – najwyraźniej potrzebuję rady kogoś mądrzejszego. – Mam płynąć dwadzieścia mil w morze, żeby opłynąć strefę?

– Dwanaście.

Ponieważ w mojej głowie kotłuje się sporo różnych nieskoordynowanych myśli, mija chwila, zanim dociera do mnie sens odpowiedzi Bosmana.

– Co Pan powiedział?

– Powiedziałem, że strefa ma 12 mil, a nie 20 – ze stoickim spokojem odpowiada Bosman.

Już drugi raz w ciągu pięciu minut czuję, że trafia mnie piorun, a na głowie wyrastają mi ośle uszy.

– Jest Pan tego pewien ? – pytam tym razem bez cienia pewności siebie. Minę muszę mieć wyjątkowo idiotyczną, skoro w odpowiedzi słyszę:

– Proszę Pana, kto tu jest żeglarzem, Pan, czy ja?

Ponieważ, wbrew pozorom, pytanie wcale nie wydaje mi się retoryczne, po chwili namysłu odpowiadam:

– Wie Pan co, do niedawna sądziłem, że ja, ale teraz już wcale nie jestem tego taki pewien…

Totalnie ogłupiały wracam do Edka. Zastanawiamy się krótko. Powtórka z wczoraj, czyli opływanie strefy, nawet 12-milowej, wcale nam się nie uśmiecha. Decydujemy zostawić łódkę do jutra w Darłówku, pojechać do domu, a przeskok do Ustki zostawić sobie na następny dzień. Edek dzwoni więc do Czesi. Dziewczyny obiecują przyjechać po nas w ciągu godziny. Nie cieszy nas konieczność porzucenia „Monique”, za to bardzo kusi perspektywa dnia i nocy w domu, we własnym łóżku.

– Szybko, Edziu, pakujemy się. Za godzinę tu będą – ogarnia mnie wyjazdowa gorączka.

– Spokojnie. Jak znam życie, to będą tu za 2 godziny – mojemu kompanowi gorączka najwyraźniej się nie udziela.

Robimy więc spokojnie względny klar na łódce. Wyrzucamy śmieci, pakujemy brudne i mokre ciuchy. Edek już bez wahania oświadcza, że jutro też jedzie ze mną („razem zaczynaliśmy, razem skończymy”), za co jestem mu bardzo wdzięczny. Nie obywa się jednak bez porcji morałów.

– Na przyszłość musisz się zdecydowanie lepiej przygotować, Piotrek – słyszę.

– Co do tego nie mam wątpliwości Edziu. A co konkretnie masz na myśli ? – jestem bardzo ciekaw.

– No musisz lepiej odrobić lekcje. Kupić jakiś cyrkiel, czy coś takiego i lepiej przygotować się z nawigacji – mój partner daje mi dyskretnie do zrozumienia co sądzi o moich umiejętnościach.

– Powiedziałeś „Na przyszłość”? Czyżbyś chciał jeszcze kiedyś ze mną pływać? – próbuję zmienić temat.

Dłuższa chwila zawahania.

– Powiem Ci, że myślałem o tym. Naprawdę fajnie mi się z Tobą pływało, cała wyprawa była super. Jednak mimo wszystko dochodzę do wniosku, że żeglarstwo nie będzie moją pasją. Chyba wolę jednak mój ogródek – burzy moje plany o kolejnych wspólnych dalekich rejsach sąsiad – ogrodnik.

Przełykam z bólem tę gorzką pigułkę. Z drugiej strony wcale nie powinno mnie to dziwić. Podziwiać powinienem, że Edek w ogóle zdecydował się wziąć udział w tej szalonej eskapadzie. A to, że rozczarowały go moje mierne umiejętności to przecież też zupełnie zrozumiałe.

W radio odsłuchujemy prognozy pogody. Jutro ma wiać zachodni wiatr, trzy do czterech. Cieszę się, bo to wyjątkowo korzystna dla nas prognoza. Nawet sceptycyzm sąsiada („A kto by tam wierzył w te prognozy”) nie psuje mi humoru.

Po półtorej godzinie docierają Monika z Czesią. Ściskamy się, jak po rocznym niewidzeniu, chociaż Monika przygląda mi się jakoś dziwnie. Pakujemy się do auta i jedziemy do domu. Dopiero przed lustrem orientuję się, czemu Monika patrzyła na mnie tak dziwnie.

– O! Gorzały jakbym kwartę, czy dwie wytrąbił, to chyba lepiej bym wyglądał – rzucam widząc swoją facjatę. I tak oto zrozumiałem etymologię słowa „ogorzały”.

 

Tags: rejs

Category: Na wiatr, Spis treści

Komentarze (4)

Trackback URL | Comments RSS Feed

  1. henryk says:

    Fantastyczna opowieść. Wielkie dzięki.
    Henryk

  2. piotr says:

    Ale to jeszcze nie koniec !!!

  3. tomasz says:

    Ufff… już się obawiałem, że to koniec przygód wilków morskich 🙂

  4. Mariusz says:

    (…) W każdej chwili płynę w taki rejs, tylko gdzie to jest (…) 🙂

Zostaw komentarz

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates